Diana Gabaldon OBCA (i prawie) UWIĘZIONA W BURSZTYNIE

Sezon na nieskomplikowane czytadła trwa u mnie w najlepsze, co w żadnym razie nie oznacza taryfy ulgowej dla literackich partaczy. Przemęczona, znudzona i zniechęcona wydaję się być czytelnikiem jeszcze bardziej wybrednym i bezwzględnym. Co innego przecież brnąć w nudne jak flaki z olejem arcydzieło bezdenne (czyli rozpisane na niezliczoną ilość poziomów przekazu), zaliczając mozolnie kolejny kamień milowy w swoim kulturalnym obyciu, a zupełnie inaczej przedstawia się sprawa z czytaniem jako czynnością rozrywkową (ubiegając nieuniknione: świadomie nie posługuję się tutaj pojęciem „dla przyjemności”, które czasem odnosi się do obu form kontaktu z książką, jak twierdzą co bardziej wyrafinowani osobnicy). Ani cierpliwość, ani wyrozumiałość nie należą do moich ulubionych zabaw, nic więc dziwnego, że z planowanych siedmiu opasłych tomów cyklu Diany Gabaldon o przygodach Claire Randall, zdołałam zapoznać się jedynie z jednym całym („Obca”) i wstępem do części drugiej („Uwięziona w bursztynie”). Bo o ile XVIII-wieczna Szkocja ma swój urok, jakkolwiek autorka starałaby się go zagłuszyć swoją grubymi nićmi szytą fabułą, o tyle kolejny romans na francuskich salonach w epoce wielkich peruk i dworskich intryg towarzyskich jest już dla mnie nie do przełknięcia. Nie w wykonaniu Diany Gabaldon.

  Czytaj dalej

Reklamy

Irena Zarzycka DZIKUSKA. HISTORJA MIŁOŚCI

„Świtało. Z gór pokrytych zielenią dymiły białe mgły… na rzekę różowo-złotym blaskiem kładł się uśmiech idącego z dali słońca, które lśniącym kluczem otwierało podwoje dla kroczącego już z szelestem ziół, z świergotem ptasząt dnia… A temi samemi podwojami uchodziła wonna letnia noc.

Witold stał w oknie i patrzył jak z białych całunów odtulały się zielone szczyty, a szara rzeka nabierała jak bańka mydlana kolorów i blasków.

Patrzał na dziki zapuszczony, a piękny ogród tchnący rzeźwym pachnącym chłodem.

A słońce już weszło w triumfie i ptaki dzwoniły hymn powitania.”

  Czytaj dalej

Agnieszka Lingas-Łoniewska BEZ PRZEBACZENIA

„Cholera… Tak bardzo chciał poczuć smak jej cudownych ust, od których nigdy nie mógł oderwać wzroku, wyobrażając sobie różne rzeczy. […] Czuła jego cudowny zapach, słyszała jak mocno i równo bije jego serce i jedyne, o czym teraz marzyła, to to, aby ją pocałował; aby zmiażdżył jej wargi swoimi; aby naparł na nią całym swoim twardym ciałem; aby ją dotknął swoimi dużymi dłońmi. Tego chciała, tutaj i teraz, w tym momencie. To było tak silne pragnienie, że zagryzła wargi niemal do krwi, by nie zrobić czegoś głupiego. Przecież… gdyby on tego chciał, to by to zrobił. Chyba tak zachowują się faceci?[…] Zagryzła wargi i patrzyła na niego, a on wiedział, że zaraz straci nad sobą panowanie; że tak bardzo jej pragnie, nie tylko jej cudownych ust; chce jej całej, chce ją poczuć, smakować, dotykać, całą, wszędzie.”*

Swoją książką Agnieszka Lingas-Łoniewska przeniosła mnie w czasy dawno minione, gdy z wypiekami na twarzy i koniecznie ukradkiem podczytywało się różowe lektury „dla pań”, smakując skrycie – jak na owoc zakazany przystało – kompletnie niezrozumiałe porcje miłosnych uniesień, podczas gdy dozwoloną alternatywę stanowiły mdłe w tym zestawieniu czytanki z elementarza. Wówczas jednak każdy szanujący się harlequin był wyraźnie namaszczony charakterystyczną „estetyką” okładki i czytelnik z miejsca wiedział na jakie wyzwanie się porywa. Dziś na nikogo już liczyć nie można, skoro nawet wydawniczy savoir-vivre poszedł w zapomnienie i jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Wystarczy jednak tych zażaleń czy też usprawiedliwień. Stało się – przeczytałam telenowelę młodzieżowo-erotyczną. Ciężko mi bowiem tekst „Bez przebaczenia” nazwać powieścią. Szalony sen niespełnionej nastolatki przechodzącej wyjątkowo trudny detoks po odstawieniu argentyńskiego serialu jest bliższy definicji czy też diagnozy tego przypadku.

  Czytaj dalej

Elizabeth Gaskell PÓŁNOC I POŁUDNIE

Nadszedł rześki październikowy poranek, ale nie był to poranek na wsi, gdzie miękka, skrząca się mgła znika pod wpływem promieni słonecznych, ukazując oszałamiającą feerię barw. To był październik w Milton, gdzie zamiast srebrzystego woalu mgieł miasto zasnuwał ciężki dym, a słońce mogło oświetlić tylko zakurzone ulice, o ile jego promieniom udało się przebić przez opary.”*

Po urokliwych obrazkach z ziemiańskiego życia angielskiej arystokracji początku XIX wieku, które to trwale zaszczepiła w zbiorowej świadomości polskich czytelników proza Jane Austen, przyszła pora na zaznajomienie się z bliższą naszym realiom Anglią miejsko-industrialną. Wraz z Margaret Hale, córką pastora, dla której wiejska plebania stanowiła ucieleśnienie małej arkadii, podążamy na północ, ku fabrycznym krajobrazom Milton (mieście wzorowanym na Manchesterze), gdzie duch romantyzmu musi ustąpić pola przedsiębiorczości i interesom, a miłość namiętna – miłości bliźniego. Czytaj dalej