Charlotte Brontë JANE EYRE. AUTOBIOGRAFIA

 

„Lubiłam gorączkowe bicie serca, które, co prawda, napełniało je niepokojem, ale też i życiem; a najbardziej kusiło mnie przysłuchiwanie się nigdy niekończącej się opowieści, którą bez przerwy snuła moja wyobraźnia; opowieści tętniącej wypadkami, życiem, ogniem, uczuciem – wszystkim, czego pragnęłam, a czego w rzeczywistości nie posiadałam.

 

 

O powieści Charlotte Bronte trudno napisać coś nowego lub odkrywczego. Słusznie została uznana za jedną z najwybitniejszych w literaturze światowej. Zasłużenie doczekała się hołdów w nawiązaniach, adaptacjach i interpretacjach innych twórców. Szczęśliwie dotarła nawet pod polskie strzechy, by niezmiennie intrygować i fascynować kolejne pokolenia czytelników i krytyków. Jedynie zaliczanie „Jane Eyre. Autobiografii” do wszelkiej maści biblioteczek romansów i różowych serii wydaje się wielkim nieporozumieniem – książce Charlotte Bronte naprawdę daleko do banalnej historii miłosnej chwilowo rozgrzewającej samotne kobiece serca. Opowieść Jane Eyre mierzy prosto i celnie w dusze i umysły czytelników, pozostawia po sobie emocjonalne spustoszenie i gorączkowy natłok myśli. To jedna z tych książek, które można zabrać na bezludną wyspę, by raz za razem czytać ją i dzięki niej dojrzewać, by wraz z nią nie tylko dorastać, ale i wzrastać w sobie. Powieść (prawdopodobnie) doskonała.

 

Czytaj dalej

Reklamy

Maria Rodziewiczówna KLEJNOT

 

Recepta na udane spotkanie z polską powieścią obyczajową zdaje się prosta: im dalej w przeszłość, tym lepiej. Można śledzić listy aktualnych bestselerów, można pożyczać najnowsze ulubione czytadła koleżanek zza biurka, można w końcu z nabrzmiałą z wrażenia żyłką hazardzisty chwytać się każdego debiutanta na rynku wydawniczym. Ale po co, skoro czas działa na korzyść czytelnika? Ostaną się tylko najlepsi. I Marii Rodziewiczównie ta sztuka się już udała. Zapewnia literaturę autentyczną historycznie, żywą językowo, uroczo staroświecką w obejściu i co najważniejsze – po ludzku ciekawą. Dla wszystkich tych wniosków wystarczyła zaś jedna powieść Rodziewiczówny, szlachecki fresk „Klejnot”, który swojej premiery doczekał się w 1897 roku. Piękny wiek dla wciąż zajmującej opowieści.

Czytaj dalej

Anna Fryczkowska STARSZA PANI WNIKA

 Rozrywka w dobrym wydaniu nie trafia się często. A już dobra rozrywka w wydaniu rodzimym to prawdziwe kuriozum, okaz rzadki i płochliwy. Pewnie dlatego Joanny Chmielewskie i Andrzeje Sapkowskie robią u nas tak zawrotne kariery – ich blasku nie przyćmiewa zbyt wiele okolicznych gwiazd literackiego firmamentu. Ale o książkach Anny Fryczkowskiej nie myślę w kategoriach „dobre, bo polskie” – to pisarstwo „dobre, bo dobre”. Nie potrzebujące lokalnego patriotyzmu, by nabrać odpowiedniej skali wartości; nie wymagające taryfy ulgowej w zamian za znajome „okoliczności przyrody”. Annie Fryczkowskiej udaje się niełatwa sztuka łączenia przystępności z niebanalnością i lekkości z solidnością wykonania. I choć jej kolejna – po rewelacyjnej „Kobiecie bez twarzy” – powieść „Starsza pani wnika” nie posiada już tak silnego ładunku przewrotności i nie wywołuje może tego przyjemnego, szampańskiego musowania w głowie, to nadal jest to literacka rozrywka w najlepszym gatunku.

 

Czytaj dalej

Małgorzata Kochanowicz POSZUKIWANA

Wydawca uczciwie ostrzega na okładce: „Pewne tajemnice nie zawsze powinny ujrzeć światło dzienne”. Zasada ta dotyczy raczej pewnych książek. Komu jednak na hasło „kryminał retro” mącą się myśli, a świat przesłania sepiowa mgiełka, temu żadne subtelne aluzje nie straszne i dopiero sama lektura „Poszukiwanej” Małgorzaty Kochanowicz może wywołać stan nieprzyjemnego otrzeźwienia. A przecież tak niewiele trzeba, by kryminał uczynić zajmującym – zaledwie jedna porywająca intryga i, dla naprawdę wybrednych, frapująca postać w pojedynczej liczbie egzemplarzy w zupełności wystarczą – że aż dziw bierze, jak wielu autorów rezygnuje z podobnych aspiracji.

Czytaj dalej