BO JA CHCIAŁBYM ZOBACZYĆ DIABŁA

 

 

 

  • […] No, to tehaz, mamo, niespodzianka. Pomalujemy jajka.

  • Jakie jajka?

  • Jajka. Na Gwiazdkę. Mama nie pamięta, że się maluje jajka na Gwiazdkę? Dobhy jestem, że mamie przypomniałem, phawda?

  • Muki, nie maluje się jajek na Gwiazdkę, bardzo mi przykro.

  • Niech mamie nie będzie przyhro, pomalujemy, niech mama się nie mahtwi. O, mama słyszy, ktoś dzwoni!

  • Idź otwórz Muki, nie mogę odejść od tej patelni.

Czytaj dalej

SKŁUTEMU, STRUTEMU SŁOWAMI

 

Mieszkanie Juliana Tuwima nie posiada szczególnych cech godnych uwagi. Jest zaciszne, wygodne, solidne. Koloryt szary, meble czarne. Nad biurkiem stary obraz przedstawiający św. Cecylię. Jaskrawymi barwami chwyta za oczy brawurowy afisz Gronowskiego, reklamujący „To-To”.

 

Jest jednak w gabinecie poety rzecz wagi pierwszorzędnej: książki. Są to przepyszne kurioza bibliograficzne, zbierane z nie lada smakiem i znawstwem, z budzącą podziw konsekwencją. Gdybyśmy te foliały zdołali zakląć w płyny zamknięte w krystalicznych flakonach, powstałby znany wiersz poety p. n. W Barwistanie.

 

Taki jest styl tych książek: balsamy serafickie, tynktury czarnoksięskie, esencje alchemickie, barwione jadowicie, kropelką żyłkowane, w ciemności iskrą grają, wybłyski w nich łyskają i wrą trucizną zła. Są tam dzieła poświęcone historii zapachów, trucizn, środków podniecających, astrologii, alchemii, demonologii – słowem, przedziwny księgozbiór Tuwima zawiera wszystko to, co ekscytuje wyobraźnię, zaostrza grozę, otwiera perspektywy na nieodgadniony labirynt wszechświata, którego potężny strzaskany kadłub utonął w ludzkiej wyobraźni. Czytaj dalej

Maria Rodziewiczówna KLEJNOT

 

Recepta na udane spotkanie z polską powieścią obyczajową zdaje się prosta: im dalej w przeszłość, tym lepiej. Można śledzić listy aktualnych bestselerów, można pożyczać najnowsze ulubione czytadła koleżanek zza biurka, można w końcu z nabrzmiałą z wrażenia żyłką hazardzisty chwytać się każdego debiutanta na rynku wydawniczym. Ale po co, skoro czas działa na korzyść czytelnika? Ostaną się tylko najlepsi. I Marii Rodziewiczównie ta sztuka się już udała. Zapewnia literaturę autentyczną historycznie, żywą językowo, uroczo staroświecką w obejściu i co najważniejsze – po ludzku ciekawą. Dla wszystkich tych wniosków wystarczyła zaś jedna powieść Rodziewiczówny, szlachecki fresk „Klejnot”, który swojej premiery doczekał się w 1897 roku. Piękny wiek dla wciąż zajmującej opowieści.

Czytaj dalej

KSIĄŻKĘ I KOBIETĘ WYMYŚLIŁ DJABEŁ

 

 

Tytuł jest rzeczą do wymyślenia trudną. Autor ma z tem kłopot taki, jak matka, która przez osiem miesięcy rozmyśla nad tem, jak nazwie swoje maleństwo, albo jak człowiek, który dostał młodego psa, albo jak kochanek, który rozmyśla uciążliwie, jak zdrobnić imię swej kochanki. Matce jest łatwo, bo ma do dyspozycji kalendarz, rodzinne tradycje, babki i teściowe do narady; właściciel psa wybiera jedno imię z psiego imiennika, które jest niewielkie: Nero, Lord, Bryś, Łobuz, Hultaj, Pik, Trefl, Caro, Coeur. Pomyslowość ludzka w psiem królestwie daleko nie zaszła. Znałem jednego tylko człowieka, który się zdobył na dowcip i psie bliźnięta nazwał ślicznie, jego Whiskey, a ją Soda, przez co wykazał wysokiej klasy kulturę pijacką i wzniosłość dowcipu. Kochankę nazwać jest trudniej i zazwyczaj zdrobniałe jej imię jest haniebnem oszustwem miłości, która babę, grubą jak piec nazywa: Muszką, albo Ptaszkiem, albo Kociakiem, – miłość bowiem najchętniej szuka natchnienia w menażerji, – babę zaś wybujałą, szkieletowatą i tyczkę chmielowę zowie: Różyczką, Lilijką, Stokrotką, albo inną jakąś jarzyną, czy zielskiem. Czytaj dalej