Julia Child, Alex Prud’homme MOJE ŻYCIE WE FRANCJI

Julia Child przez lata przekonywała Amerykanów, że jedzenie jest sztuką i jako taka zasługuje na celebrację – zarówno na etapie przygotowań jak i konsumpcji. W latach sześćdziesiątych, gdy w Stanach Zjednoczonych na każdym kroku panoszyły się już dania błyskawiczne w proszku lub tubce, zgodnie z oczekiwaniem klientów gotowe do podania w kilka minut, zachęcanie obywateli (a przede wszystkim obywatelek) do spędzania w kuchni wielu godzin na pichceniu francuskiej uczty graniczyło z lekkim obłędem. A jednak Julia nie tylko postawiła na swoim wydając obszerną księgę kucharską (a potem kolejne, i kolejne), miast prostej broszurki zalecanej przez wydawców, ale też w krótkim czasie podbiła serca rodaków swoją osobowością w kulinarnym programie telewizyjnym, zapoczątkowując tym samym epokę gotowania na ekranie. Ale to było dawno temu, w Ameryce. Czytaj dalej

Charlotte Brontë JANE EYRE. AUTOBIOGRAFIA

 

„Lubiłam gorączkowe bicie serca, które, co prawda, napełniało je niepokojem, ale też i życiem; a najbardziej kusiło mnie przysłuchiwanie się nigdy niekończącej się opowieści, którą bez przerwy snuła moja wyobraźnia; opowieści tętniącej wypadkami, życiem, ogniem, uczuciem – wszystkim, czego pragnęłam, a czego w rzeczywistości nie posiadałam.

 

 

O powieści Charlotte Bronte trudno napisać coś nowego lub odkrywczego. Słusznie została uznana za jedną z najwybitniejszych w literaturze światowej. Zasłużenie doczekała się hołdów w nawiązaniach, adaptacjach i interpretacjach innych twórców. Szczęśliwie dotarła nawet pod polskie strzechy, by niezmiennie intrygować i fascynować kolejne pokolenia czytelników i krytyków. Jedynie zaliczanie „Jane Eyre. Autobiografii” do wszelkiej maści biblioteczek romansów i różowych serii wydaje się wielkim nieporozumieniem – książce Charlotte Bronte naprawdę daleko do banalnej historii miłosnej chwilowo rozgrzewającej samotne kobiece serca. Opowieść Jane Eyre mierzy prosto i celnie w dusze i umysły czytelników, pozostawia po sobie emocjonalne spustoszenie i gorączkowy natłok myśli. To jedna z tych książek, które można zabrać na bezludną wyspę, by raz za razem czytać ją i dzięki niej dojrzewać, by wraz z nią nie tylko dorastać, ale i wzrastać w sobie. Powieść (prawdopodobnie) doskonała.

 

Czytaj dalej

KSIĄŻKĘ I KOBIETĘ WYMYŚLIŁ DJABEŁ

 

 

Tytuł jest rzeczą do wymyślenia trudną. Autor ma z tem kłopot taki, jak matka, która przez osiem miesięcy rozmyśla nad tem, jak nazwie swoje maleństwo, albo jak człowiek, który dostał młodego psa, albo jak kochanek, który rozmyśla uciążliwie, jak zdrobnić imię swej kochanki. Matce jest łatwo, bo ma do dyspozycji kalendarz, rodzinne tradycje, babki i teściowe do narady; właściciel psa wybiera jedno imię z psiego imiennika, które jest niewielkie: Nero, Lord, Bryś, Łobuz, Hultaj, Pik, Trefl, Caro, Coeur. Pomyslowość ludzka w psiem królestwie daleko nie zaszła. Znałem jednego tylko człowieka, który się zdobył na dowcip i psie bliźnięta nazwał ślicznie, jego Whiskey, a ją Soda, przez co wykazał wysokiej klasy kulturę pijacką i wzniosłość dowcipu. Kochankę nazwać jest trudniej i zazwyczaj zdrobniałe jej imię jest haniebnem oszustwem miłości, która babę, grubą jak piec nazywa: Muszką, albo Ptaszkiem, albo Kociakiem, – miłość bowiem najchętniej szuka natchnienia w menażerji, – babę zaś wybujałą, szkieletowatą i tyczkę chmielowę zowie: Różyczką, Lilijką, Stokrotką, albo inną jakąś jarzyną, czy zielskiem. Czytaj dalej

Anna Fryczkowska STARSZA PANI WNIKA

 Rozrywka w dobrym wydaniu nie trafia się często. A już dobra rozrywka w wydaniu rodzimym to prawdziwe kuriozum, okaz rzadki i płochliwy. Pewnie dlatego Joanny Chmielewskie i Andrzeje Sapkowskie robią u nas tak zawrotne kariery – ich blasku nie przyćmiewa zbyt wiele okolicznych gwiazd literackiego firmamentu. Ale o książkach Anny Fryczkowskiej nie myślę w kategoriach „dobre, bo polskie” – to pisarstwo „dobre, bo dobre”. Nie potrzebujące lokalnego patriotyzmu, by nabrać odpowiedniej skali wartości; nie wymagające taryfy ulgowej w zamian za znajome „okoliczności przyrody”. Annie Fryczkowskiej udaje się niełatwa sztuka łączenia przystępności z niebanalnością i lekkości z solidnością wykonania. I choć jej kolejna – po rewelacyjnej „Kobiecie bez twarzy” – powieść „Starsza pani wnika” nie posiada już tak silnego ładunku przewrotności i nie wywołuje może tego przyjemnego, szampańskiego musowania w głowie, to nadal jest to literacka rozrywka w najlepszym gatunku.

 

Czytaj dalej