Małgorzata Kochanowicz POSZUKIWANA

Wydawca uczciwie ostrzega na okładce: „Pewne tajemnice nie zawsze powinny ujrzeć światło dzienne”. Zasada ta dotyczy raczej pewnych książek. Komu jednak na hasło „kryminał retro” mącą się myśli, a świat przesłania sepiowa mgiełka, temu żadne subtelne aluzje nie straszne i dopiero sama lektura „Poszukiwanej” Małgorzaty Kochanowicz może wywołać stan nieprzyjemnego otrzeźwienia. A przecież tak niewiele trzeba, by kryminał uczynić zajmującym – zaledwie jedna porywająca intryga i, dla naprawdę wybrednych, frapująca postać w pojedynczej liczbie egzemplarzy w zupełności wystarczą – że aż dziw bierze, jak wielu autorów rezygnuje z podobnych aspiracji.

Witold Korczyński, detektyw z bujną przeszłością, niestety  nie zapowiada ekscytującej przyszłości. Zaś teraźniejszość bohatera sprowadza się do nostalgicznych wspomnień (bądź jedynie życzeniowych urojeń): o dawnym powodzeniu w miłości, o kosmopolitycznej biografii w rodzaju „z niejednego pieca chleb się jadało”, o niepowtarzalnych predyspozycjach (zwłaszcza tych intelektualnych oczywiście) do zawodu tropiciela w dobie cywilizacji oraz o koneksjach i znajomościach na dowolnym szczeblu społecznej drabiny. Bohater jak się patrzy. Tyle tylko, że tak skonstruowanego detektywa idealnego należałoby jeszcze ożywić, a na to już widać recepty gotowej zabrakło w tym pakiecie. Miota się zatem pan Korczyński po „wyretrowanym” Krakowie roku Pańskiego 1904, czyniąc więcej szkód niż pożytku i zawsze wiedząc co robić należało, już po fakcie niestety.

Sama intryga kryminalna w „Poszukiwanej” również zawiązuje się na etapie wspomnień bohatera, niezbyt subtelnie dawkowanych przez Kochanowicz, skoro już od strony siedemnastej można łatwo przewidzieć, w którym kierunku potoczy się fabuła książki. Pozostałe trzysta stron lektury to oczekiwanie na nagły zwrot akcji i zagranie zadufanemu czytelnikowi na nosie – by w finale przekonać się z rozczarowaniem, iż autorka nie miała zamiaru nikomu strzępić nerwów. Chyba, że czytelnik oczekiwał ciekawego i intensywnego obrazu epoki początku XX wieku, bo wówczas nijaki i mdły portret młodopolskiego Krakowa może wywołać atak nerwowego ziewania.

Przewidywalność zdarzeń, obfitość nagromadzonych zbiegów okoliczności i niezmienna nieporadność tępawego detektywa Korczyńskiego wydają się wyczerpująco charakteryzować „Poszukiwaną” Małgorzaty Kochanowicz. Poszukiwania dobrej powieści kryminalnej w stylu retro trafiły znów na ślepy zaułek.

______________________________________________________________________

Małgorzata Kochanowicz, Poszukiwana, IW Erica, 2012

Reklamy

52 thoughts on “Małgorzata Kochanowicz POSZUKIWANA

  1. to dziękuję za ostrzeżenie ;) mam pewną słabość do retro kryminałów, więc jeszcze bym się skusiła…
    a Marcina Wrońskiego czytałaś? ja co prawda jedną tylko jego książkę (Morderstwo pod cenzurą), ale uważam, że była niezła. lepiej mi się go nawet czytało niż Krajewskiego.

    • Patrycja,
      Tej słabości ulega chyba wielu i stąd wysyp kolejnych cykli utrzymanych w konwencji retro. Bez telefonów komórkowych, badań DNA i internetowej bazy danych szanse w tropieniu literackiej zbrodni wydają się być bardziej wyrównane: intelekt czytelnika przeciwko intelektowi bohatera/pisarza. Niestety częściej okazuje się, że to tylko kilka rekwizytów z epoki i konwencjonalny typek-detektyw szyty na jedno kopyto.

      Wrońskiego mam w planach dopiero. Ucieszyłabym się, gdyby okazał się ciekawszy od Krajewskiego, który po pierwszym hauście nowości mocno mnie zawiódł w kolejnych odsłonach. Z Twoją rekomendacją oczekiwania wzrosły od razu :)

      • moim zdaniem Wroński jest ciekawszy od Krajewskiego, chociaż Krajewskiego też tylko jedną książkę czytałam (Śmierć w Breslau), więc może nie powinnam się wypowiadać…

        • Jak dla mnie „Śmierć w Breslau” stanowi chyba najlepszy z dotychczas czytanych tomów obu serii Krajewskiego. A że lektura miała miejsce już dobrych kilka lat temu i takie retro kryminalne na polskim podwórku stanowiło wówczas novum: ciekawą i odświeżającą alternatywę do współczesnych sensacji, to podejrzewam, że zadziałał tutaj dodatkowo efekt nowalijki :)

          Gdyby nie ocenianie twórczości po jednym tytule, nie byłoby często o czym pisać w postach ;) Jedna książka to niby mało, ale ta składa się już z wielu stron, na których autor dostaje wciąż kolejne szanse, by przekonać nas do siebie. Są tacy, którzy jednym kilkustronicowym opowiadaniem trafiają w sedno, więc cała powieść to już olbrzymie pole do popisu. Dosłownie ;)

    • Zacofany w lekturze,
      Wstyd, ale nie skojarzyłam Korczyńskiego z Korczynem! Dobrze mieć jednak kontakt ze świadomie oczytanym człowiekiem :)
      Teraz ciekawi mnie, czy autorka wykorzystała celowo to nazwisko, czy jakiś gimnazjalista podsunął jej „ładnie brzmiący” (bo sprawdzony) pomysł ;)

      • Ja się najpierw uszczypnąłem na widok nazwiska i pomyślałem, że może są jakieś nawiązania – a tu wychodzi, że kwestia przypadku :( Z Nad Niemnem mnie można prawie na wyrywki odpytywać.

        • Raczej przypadek, ponieważ w tekście padają aluzje, że pan detektyw wcześniej żył na bakier z prawem, ma problemy z hazardem i ogólnie to taki bon vivant na gościnnych występach w świecie prawa i porządku.

          Ostatnio chciałam powtórzyć sobie powieść Orzeszkowej (niegdyś wywołała we mnie żywe emocje!), ale pod ręką była tylko Dąbrowska, więc nie upierałam się. A u Ciebie to sentyment z czasów szkolnych czy późniejszy feblik? „Nad Niemnem” zazwyczaj jest wymieniane przy wszelkich rozmowach o odświeżaniu listy lektur szkolnych, mało kto chce bronić twórczości pani Elizy. Swoją drogą, z chęcią po dobrą biografię Orzeszkowej bym sięgnęła. Słyszałeś o takiej?

          • Może autorka użyła nazwiska, bo jej się kojarzyło z epoką podświadomie:)) Ja Nad Niemnem uwielbiam od pierwszego czytania, w ósmej klasie bodajże, i zawsze się do tego przyznaję bez bicia. Chociaż rozumiem marudzenia, bo opisy przyrody doceniłem za trzecim razem. Z biografii Orzeszkowej znam „Panią Elizę” Pauszer-Klonowskiej, beletryzowana rzecz, przyzwoita, ale bez fajerwerków. Pamiętam, że czytałem z przyjemnością i mam w planach powtórkę.

            • Pamiętam własny niepokój, że tekst powieści jest tak gęsty i zbity, prawie żadnych dialogów i do tego tyle tomów. Ale w czytaniu zapomniałam o wszystkich zastrzeżeniach. Ostatnio natknęłam się na serial, już na same końcowe przemowy patriotyczno-optymistyczne i tylko sobie pomyślałam, że musiałam wtedy z tej lektury nic nie zrozumieć :) Dobrze byłoby zrobić sobie powtórkę. Choćby po to, żeby nazwiska odświeżyć i kulturalnie nawiązywać na blogu w razie konieczności ;))
              „Panią Elizę” już namierzyłam, dziękuję za namiar. Autorkę kojarzę z pozytywnymi opiniami.

  2. Witam

    Tak myślałam, że autorem recenzji jest młoda osoba. I niestety od razu to się czuje. Młody, gniewny, pod prąd… też jakiś sposób na zaistnienie…

  3. ZWL,
    Skoro raz, za czasów szkolnych, udało nam się polubić, to może eksperyment powiedzie się i tym razem ;) Już kupione w moim wymarzonym wydaniu, więc klamka zapadła.
    Mam ostatnio olbrzymią potrzebę polskiej literatury rozgrywającej się w XIX wieku. I marzy mi się jeszcze biografia w stylu Ronikier. Przychodzi Ci coś takiego do głowy może? Jakieś sagi rodzinne?

    • A jakie masz wymarzone wydanie? BN? W ramach potrzeby to może Chłopów? A w ramach biografii a la Ronikier to może Znaszli ten kraj Boya? Nie saga, co prawda, ale znakomite. „Kufer Kasyldy” – fragmenty wspomnień i pamiętników damskich. Saga Słonimskich zbiera dobre opinie, ale jeszcze nie czytałem. Samej Ronikier polecam Piwnicę pod Baranami, na dodatek satysfakcja estetyczna gwarantowana. I Piotra, ale to tylko przeglądałem.

      • Mam bardziej prozaiczne marzenia i wydania na oku ;) „Klasyka powieści” z Prószyńskiego (chyba tak się to nazywa): miękkie okładki i osobne tomy. Lekko zżółknięty papier, który nie męczy tak oczu, i idealna czcionka. Estetyka kuleje, ale bardzo wygodne w użyciu są.
        Męczyłam się teraz strasznie z Dąbrowską, bo posiadam wydanie w dwóch wielkich ilustrowanych tomiszczach, jak klasery. Ani nie mogłam czytać w łóżku (preferowane), ani w wannie, ani nawet wyginać się w fotelu. Ciężkie przeżycie i trauma na lata ;)

        Sagę Słonimskich już oglądałam, ale spotkałam same krytyczne opinie i zrezygnowałam z nabycia. Za to Kufer posiadam, przypomniałeś mi o nim! :) Ronikier i Boya musiałabym upolować najpierw, ale będę o nich pamiętać przetrząsając półki antykwaryczne. Zwłaszcza Boya czas popróbować.

        • Znam tę serię i też lubię:) Boy jest groszowym wydatkiem, w przeciwieństwie do Ronikier, ja go uwielbiam po prostu. Dąbrowską mam w wydaniu poręcznym, ale widok tych pięciu tomów jakoś mnie chwilowo odstrasza od powtórek.

          • Dla pewności muszę jeszcze wszelkie zakamarki przetrząsnąć, bo posiadam dwa lub trzy tomy Boya z jego dzieł zebranych. Tylko nie wiem, co w środku, bo kupowałam zbiorczo ;)
            A Dąbrowskiej nie można na wyrywki czytać? W ten sposób tylko Musierowicz traktowałam (choć i tak zawsze kończyło się lekturą całości) i jestem ciekawa, czy z każdym klasykiem tak można, czy to Orzeszkowej przywilej :)

            • Dąbrowskiej nie znam na pamięć, to zasadnicza różnica z Nad Niemnem, Lalką i Chłopami, gdzie wchodzę w akcję w dowolnym momencie i mam swoje ulubione miejsca.

              • Kwestia praktyki – jak się nie wraca, to się nie zna ;)
                Lalkę również ostatnio zaczęłam powtarzać sobie. Ale do Chłopów mnie nie ciągnie, a przeczytałam kiedyś w ciągu 4 czy 5 dni całość. I bardzo wszystkim polecałam :) Za to Rodzina Połanieckich Sienkiewicza mogłaby się teraz sprawdzić. Oczywiście też nie mam – wszystko u rodziców, u mnie tylko bestselery ;))

                • W czasach szkolnych Dąbrowskiej wyczytałem chyba tylko te dwa obowiązkowe pierwsze tomy. Chłopów uwielbiam, za to Połanieccy mnie wynudzili, ani pan Stach, ani Marynia to nie są moje typy, miałem ochotę gryźć na zmianę jedno albo drugie:PP Klasyki sobie pilnie kolekcjonowałem, teraz mam jak znalazł do powtórek:)

                  • U mnie Dąbrowskiej nie było w szkole, nawet w planach. Stąd teraz braki :)
                    Chłopi byli obowiązkowi, ale jeden tom, o ile dobrze pamiętam. Nie wiem, czy ktoś poza mną przeczytał wtedy całość.
                    Połanieckich nigdy nie czytałam, ale to chyba XIX wiek, więc teraz byłoby idealnie. ‚Bez dogmatu’ jeszcze zostaje, ale chyba wolałabym powieść na poważnie, a to mi wygląda na prozę z wielkim przymrużeniem oka.
                    Orzeszkowej chyba żadnych opowiadań (czy też nowelek) w ręku nie miałam.
                    Ale też nie szukałam tej prozy po szkole. Raczej klasykę światową chciałam nadrabiać. Efekty edukacji niezbyt optymistyczne ;)

                    • My czytaliśmy Noce i dnie, ale na lekcjach oglądaliśmy głównie ekranizację z wideo:P Chłopów był mus całość poznać. Bez dogmatu chyba było na serio pisane, Sienkiewicz nie wykazywał się poczuciem humoru. Nowelek Orzeszkowej mogłabyś nie zdzierżyć z powodu sentymentalizmu sporej części. Tadeusz się ostał, moim zdaniem.

  4. ZWL,
    „Bez dogmatu” na poważnie? Nie uwierzę. To jest ironiczny portret młodopolskiego paniczyka-filozofa. Nawet zabawny, przynajmniej mnie rozbawił. Ale odłożyłam na później, bo mam teraz siłę i potrzebę mierzenia się z trudniejszymi rzeczami – trzeba korzystać, bo szybko mijają takie momenty i znów wyląduję z kryminałami pod pachą :)

    Orzeszkową bym i tak chętnie poznała poza NN. Kojarzę z biografii Konopnickiej jej zaangażowanie w promowanie kobiet w sferze społecznej i kulturowej. Bardzo ciekawa postać mi się wtedy wydała. a myślę, że nawet nie najlepsza proza pozwoli spojrzeć na jej poglądy z bliska. Jej „Pamiętnik Wacławy” zwłaszcza kusi. Czytałeś może?

    • Nie wierzę w poczucie humoru Sienkiewicza, absolutnie:) Może po latach nam się wydaje zabawny z różnych powodów, ale nie uwierzę, że HS pisał cokolwiek z przymrużeniem oka:P Pamiętnik Wacławy jest tendencyjną do bólu ramotą, nudną jak nie powiem co, rzuciłem w połowie pierwszego tomu, bo mnie irytował. Jest za to wydana publicystyka Orzeszkowej, w sprawie żydowskiej i być może też w kobiecej, musiałabyś poszperać.

  5. Podpuszczasz mnie z tym Sienkiewiczem i prawie uwierzyłam, że to na poważnie ;) Ale przecież do Płaszcza przeglądacie jego pisma i już poznaliście jego poczucie humoru na wylot.

    Ramota by mnie nie zraziła, ale naprawdę aż tak nudna? Publicystyki się boję, bo mam tendencję do bardzo długich przerw między kolejnymi tekstami w zbiorczych wydaniach. To znaczy, że odkładam i zapominam :) Ale kwestia żydowska w ówczesnym ujęciu również może być ciekawa. Przewija się w każdej ówczesnej prozie, czy to Walter Scott, Dąbrowska czy Prus.

    • Jego listy nie są zabawne, na mnie robi wrażenie sztywniaka. Ale może jestem uprzedzony, rzecz jasna:) Skoro nie publicystyka, to może Meir Ezofowicz? Publicystyka przekuta w fabułę i niegrube.

  6. Listy zapodziałam, tyle razy przekładałam je zaznaczając dla Was zabawne fragmenty :) Trudno, w miejscu gdzie widziałam je ostatnim razem leży sobie „Ziemia obiecana”. Może to znak.
    A „Bez dogmatu” to zabawa modnym wtedy spleenem – Sienkiewicz to zgrywus, mówię Ci :)

    Nie mówię „nie” publicystyce, jeśli jest tego warta. Jest? :) Będę się po prostu rozglądać za dostępną Orzeszkową, choć do pamiętników ostudziłeś zapały.

    • Zgrywus? Zapamiętam tę opinię i skonfrontuję kiedyś z Bez dogmatu:) Publicystyki Orzeszkowej czytałem jakieś drobne kawałki, dały się znieść, ale nie sądzę, żebym sam chciał się zagłębiać.

      • Dyplomatycznie :) Ja w miarę możliwości popróbuję. Najpierw jednak NN w kolejce ustawię, skoro już kupione i frunie do mnie. Przy okazji tonę innych rzeczy nabrałam, więc oby złamanie dobrej passy w niekupowaniu nie poszło na marne ;P
        Na „Znany świat” Jonesa jeszcze mnie podpuściłeś. Choć możesz nie być tego świadomy ;)

        • Życzę powodzenia w lekturze NN, idealna na tę porę roku. Idealna na każdą porę roku:) A co ja winien w kwestii Jonesa? Przecież nie ja polecałem:P

  7. Ale wywołałeś wilka z lasu ;)

    Dla mnie wszystkie ‚wielkie powieści” są najlepsze na lato – pewnie to nawyk z młodości, gdy czytałam wszystko co grube i ważne wakacyjną porą. Teraz myślę o Chłopach, Faraonie czy Bratnym i od razu marzy się kocyk lub leżak pod drzewem :)

    • Chwilowo to raczej kocyk przy kominku:) Ale fakt, latem najlepiej mieć coś w wielu tomach pod rękach. A raczej: było mieć:(

      • U mnie tylko kaloryfer wchodzi w grę, a to już nie tak widowiskowe ;) Zresztą zimą wolę jednak kryminały i lit. faktu. I tu już nie mam teorii, skąd takie upodobania.
        Ale opasłe tomy zawsze odkładam na wiosnę-lato. Jakby czasu miało być tyle, co kiedyś. Choć nie ma. A mimo wszystko człowiek kolejny raz szykuje się na Prousta wakacyjną porą :))

          • Trzeci tom to i tak daleko w przodzie od przeciętnego czytacza, gratulacje :) Ja zawsze delektuję się stroną Swanna. To pewnie najczęściej czytane przeze mnie 100 stron powieści ;P
            Ale idzie kolejne lato – pewnie znów się ambicji nawdycham ze słońcem :) Już mi Zola po głowie chodzi.

            • Pierwszy tom czytałem ze trzy razy; za każdym razem ambitnie przesuwałem się o tom do przodu:D A Zola godny polecenia, absolutnie.

  8. Pamiętam, że „Wszystko dla pań” polecałeś, ale dysponuję Germinalem i Naną i pewnie coś z tego wybiorę najpierw. Choć uwiera mnie, że nie będę czytać cyklu w odpowiedniej kolejności.

    • Kolejnością się nie przejmuj, warto zacząć o pierwszego tomu, żeby się zorientować z grubsza skąd się Rougonowie wzięli, ale przymusu nie ma. I potem też można dowolnie. A wolisz wzruszające dzieje kurtyzany, czy gorzką powieść o cięzkiej doli robotników w kapitalizmie?

      • Wolę lepsze ;) W takim układzie wybór pewnie padnie na Nanę, bo na sumieniu w tym roku mam już rozgrzebaną i porzuconą ciężką dolę Francuzów w „Nędznikach”. Miało być tak pięknie i z pieśnią na ustach ;P

        • Lepsze? No to decyduj sama:P Przecież Nędzników się świetnie czyta, pomijając czwarty tom, gdzie akcja siada w połowie.

          • Nie czytało się źle, ale zarzuciłam lekturę bez żalu. Albo moment był zły, albo czytelnik ;)

            Na bookini.pl wypatrzyłam właśnie Zolę w darmowych ebukach. Chyba wszystkie części cyklu, więc w razie potrzeby mogę i po kolei na kindla wrzucać. Tylko książek na półkach od takiego czytania nie ubywa :)

            • Tylko od razu mówię, że pierwszy tom Zoli jest mało porywający, możesz się zniechęcić. Za to pobierz sobie Wszystko dla pań, mój absolutny numer jeden.

  9. Pobrałam oba – jeśli dam radę, to zacznę od pierwszego tomu, skoro dobry jest jako wprowadzenie w epokę i rodzinę. „Wszystko dla pań”, jeśli takie dobre, to wolałabym na papierze. Przywiązuję się do egzemplarza czytanego, choćby brzydkiego, ale jedynego :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s