K.O.T. (2) F. Scott Fitzgerald, WIELKI GATSBY

Podobno każdy Amerykanin nosi w sobie własny portret Gatsby’ego. Ten „każdy” oznacza naprawdę wielu nosicieli powieściowej idei Fitzgeralda. Co ciekawe, wydana w 1925 roku i portretująca aktualną rzeczywistość Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, książka nie od razu przypadła do gustu czytelnikom. Dopiero następne pokolenie wybrednych jankesów, dla których lata dwudzieste XX wieku nabrały już zapewne uroku retro, dostrzegło w nieszczęśliwym love story epoki jazzu historię uniwersalną, wielowymiarową i co pewnie najważniejsze: do cna amerykańską.

I tak niedoceniona od razu – jak na geniusza przerastającego swoją epokę przystało – powieść F. Scotta Fitzgeralda „Wielki Gatsby”, już jako tak zwany klasyk, obiegła w końcu  świat i stała się lekturą obowiązkową człowieka oczytanego.

Polski czytelnik doczekał się po prawie stu latach od premiery powieści jej drugiego przekładu. American dream nie jest u nas w cenie najwyraźniej (sic!), ale może zamieszanie wywołane najnowszą ekranizacją książki, a także tłumaczeniem wykonanym przez tak popularnego rodzimego pisarza, przywróci powieści Fitzgeralda należne jej miejsce – nie tylko na listach zalecanych klasyków, ale także w czułych i wrażliwych na piękno i mądrość serduszkach polskich koneserów dzieł literackich.

1.

Gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec mój dał mi pewną radę, nad którą do dziś  często się zastanawiam.

– Ile razy masz ochotę kogoś krytykować – powiedział – przypomnij sobie, że nie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty.

Powiedział tylko tyle, ale ponieważ zawsze rozumieliśmy się doskonale bez dłuższych wyjaśnień, wiedziałem, że ma na myśli nieporównanie więcej. W rezultacie unikam pochopnych sądów i zwyczaj ten uczynił ze mnie powiernika wielu interesujących ludzi, a także ofiarę niejednego nudziarza. Umysły nienormalne szybko wykrywają taką skłonność u człowieka normalnego i chętnie ją wykorzystują: stąd w czasie studiów niesłusznie bywałem podejrzewany nawet o dwulicowość tylko dlatego, że zdarzało mi się poznać bolesne tajemnice różnych dziwnych, bliżej mi nie znanych typów. W większości wypadków wcale nie zabiegałem o zaufanie – udawałem, że śpię czy nie mam czasu, albo stawałem się odpychająco wyniosły, gdy, wnosząc z nieomylnych znaków, czułem w powietrzu czyjeś zwierzenia; bo zwierzenia młodych ludzi albo przynajmniej forma, w jakiej je czynią, mają zazwyczaj charakter plagiatu i psuje je brak szczerości. Aby powstrzymać się od sądzenia bliźnich, trzeba mieć ogromny zapas ufności. Do dziś pozostała mi obawa, że coś istotnego przeoczę, że coś mi się wymknie, jeśli nie będę pamiętał, iż poczucie fundamentalnych zasad przyzwoitości nie wszystkim przy urodzeniu jest równo dane – jak to mój ojciec snobistycznie zauważył, a ja ze snobizmem powtarzam.

Lecz tak się chwaląc moją tolerancją muszę teraz przyznać, że ma ona granice. Postępowanie człowieka może wynikać z zasad twardych jak skała albo niepewnych jak grzęzawisko, lecz przychodzi moment, kiedy jest mi zupełnie obojętne, z czego wynika. Gdy ostatniej jesieni powróciłem ze wschodniego wybrzeża, marzyłem o świecie, który by strzegł moralnego ładu niczym żołnierz na warcie – dość już miałem burzliwych wypadów dających mi przywilej zaglądania w cudze serce. W tym moim nastroju nie mieścił się tylko Gatsby – człowiek,, który użycza swego imienia tej książce – Gatsby, uosobienie wszystkiego, do czego czułem głęboką niechęć. Jeśli przyjąć, że na wybitną indywidualność składa się nieprzerwany ciąg udanych posunięć, to trzeba przyznać, iż w nim było coś wspaniałego, jakiś wyższy stopień wrażliwości na obietnice życia, jak gdyby należał do gatunku tych skomplikowanych mechanizmów, które rejestrują trzęsienie ziemi odległe o dziesięć tysięcy mil. Zdolność ta nie miała nic wspólnego ze zwiotczałą wrażliwością, której tak chętnie nadaje się rangę temperamentu twórczego – był to niezwykły dar nadziei, romantyczna żarliwość, jakiej nigdy u nikogo nie spotkałem i pewnie już nigdy nie spotkam. Nie, Gatsby był w porządku, jak się w końcu okazało; to, co czyhało na niego, co płynęło w ślad za jego marzeniem, jak mętna piana za okrętem, tylko to zgasiło we mnie na jakiś czas zainteresowanie dla próżnych żalów ludzkich i krótkoskrzydłych uniesień.”

/przekład: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz/

2.

W czasach gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec dał mi radę, do której po dziś dzień wracam pamięcią:

 – Kiedy tylko będziesz miał ochotę kogoś skrytykować – rzekł mi – pamiętaj, że nie wszystkim było w życiu tak łatwo jak tobie.

Nie powiedział nic ponadto, ale pomimo wzajemnej powściągliwości zawsze rozumieliśmy się w lot i wiedziałem, że ojciec sugeruje mi znacznie więcej, niż mówi. W rezultacie nabrałem zwyczaju powstrzymywania się od wszelkich sądów; pozwoliło mi to poznać wiele fascynujących osobowości, ale też zrobiło ze mnie ofiarę niejednego zaprawionego w bojach nudziarza. Jeśli takie podejście ma osoba normalna, umysły nienormalne z miejsca odnajdują ją i przywiązują się do niej, stąd też na studiach niesprawiedliwie oskarżano mnie o manipulatorstwo, jako że byłem wtajemniczony w zgryzoty bliżej mi nieznanych, nieobliczalnych ludzi. Większości tych zwierzeń wcale zresztą nie pragnąłem – kiedy jakiś czytelny znak uświadamiał mi, że na horyzoncie drży już czyjeś osobiste wyznanie, udawałem nieraz sen, głębokie zainteresowanie czymś innym lub niechętną beztroskę – bo osobiste wyznania młodych mężczyzn, a przynajmniej sposób, w jaki są wyrażane, noszą zazwyczaj wszelkie znamiona plagiatu i są skalane oczywistymi przemilczeniami. Powstrzymywanie się od sądów jest kwestią bezgranicznej nadziei. Wciąż trochę się obawiam, że coś mi umknie, jeśli zapomnę, iż – co mój ojciec tak snobistycznie zauważył, a ja snobistycznie powtarzam – poczucie elementarnej przyzwoitości nie jest równo rozdzielane w chwili narodzin.

I, pochwaliwszy się tak moją tolerancją, wyznać muszę, że i ona ma swoje granice. Można opierać swoje zasady na litej skale lub na grząskim bagnie, ale w pewnym momencie przestaje mnie już obchodzić, na czym się je opiera. Kiedy zeszłej jesieni wróciłem ze Wschodu, odczuwałem pragnienie, by cały świat odtąd już zawsze zachowywał swego rodzaju moralną czujność; nie życzyłem sobie dalszych dzikich eskapad oferujących wgląd w ludzkie serca. Jedynie do Gatsby’ego, który dał tytuł tej książce, miałem inne podejście – Gatsby’ego, który reprezentował sobą wszystko, do czego żywię niekłamaną pogardę. Jeśli przyjmiemy, że osobowość jest nieprzerwaną sekwencją udanych gestów, to było w nim coś wspaniałego, jakaś wyostrzona wrażliwość na obietnice składane przez życie, jakby był powiązany z jedną z tych skomplikowanych maszyn, które rejestrują trzęsienie ziemi oddalone od nich o tysiące mil. To wyczulenie nie miało nic wspólnego z ową niemrawą podatnością na wpływy, którą szumnie określa się mianem „twórczego temperamentu” – był to niezwykły da nadziei, romantycznej gotowości, jakiej nigdy jeszcze u nikogo nie widziałem i jakiej już pewnie nigdy u nikogo nie zobaczę. Nie – sam Gatsby ostatecznie okazał się w porządku; jedynie to, co Gatsby’ego zadręczało, szumowiny płynące w kilwaterze jego marzeń, sprawiło, że przejściowo straciłem zainteresowanie ludzkimi niedowarzonymi smutkami i zdyszanymi egzaltacjami.”

/przekład: Jacek Dehnel/

3.

In my younger and more vulnerable years my father gave me some advice that I’ve been turning over in my mind ever since.

Whenever you feel like criticizing any one,” he told me, “just remember that all the people in this world haven’t had the advantages that you’ve had.”

He didn’t say any more, but we’ve always been unusually communicative in a reserved way, and I understood that he meant a great deal more than that. In consequence, I’m inclined to reserve all judgments, a habit that has opened up many curious natures to me and also made me the victim of not a few veteran bores. The abnormal mind is quick to detect and attach itself to this quality when it appears in a normal person, and so it came about that in college I was unjustly accused of being a politician, because I was privy to the secret griefs of wild, unknown men. Most of the confidences were unsought—frequently I have feigned sleep, preoccupation, or a hostile levity when I realized by some unmistakable sign that an intimate revelation was quivering on the horizon; for the intimate revelations of young men, or at least the terms in which they express them, are usually plagiaristic and marred by obvious suppressions. Reserving judgments is a matter of infinite hope. I am still a little afraid of missing something if I forget that, as my father snobbishly suggested, and I snobbishly repeat, a sense of the fundamental decencies is parcelled out unequally at birth.

And, after boasting this way of my tolerance, I come to the admission that it has a limit. Conduct may be founded on the hard rock or the wet marshes, but after a certain point I don’t care what it’s founded on. When I came back from the East last autumn I felt that I wanted the world to be in uniform and at a sort of moral attention forever; I wanted no more riotous excursions with privileged glimpses into the human heart. Only Gatsby, the man who gives his name to this book, was exempt from my reaction—Gatsby, who represented everything for which I have an unaffected scorn. If personality is an unbroken series of successful gestures, then there was something gorgeous about him, some heightened sensitivity to the promises of life, as if he were related to one of those intricate machines that register earthquakes ten thousand miles away. This responsiveness had nothing to do with that flabby impressionability which is dignified under the name of the “creative temperament.”—it was an extraordinary gift for hope, a romantic readiness such as I have never found in any other person and which it is not likely I shall ever find again. No—Gatsby turned out all right at the end; it is what preyed on Gatsby, what foul dust floated in the wake of his dreams that temporarily closed out my interest in the abortive sorrows and short-winded elations of men.

Reklamy

4 thoughts on “K.O.T. (2) F. Scott Fitzgerald, WIELKI GATSBY

  1. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi tłumaczenie D-B. To Dehnela jest zbyt ostre, za dużo twardych słów tam umieścił, nie brzmią razem dobrze. Zwłaszcza końcówka mi zgrzytała. Choć ta „niekłamana pogarda” wydaje mi się jednak bliższa oryginałowi, to jednak „głęboka niechęć” jakoś lepiej do mnie trafia, dobrze komponuje się z tym, co jest przed i po tych słowach.
    Tłumaczenie – piekielnie trudna robota :)

    • Kornwalia,
      Przekład Dehnela jest naprawdę ładny i zgrabny, a często wierniejszy oryginałowi. Ale, dziwna sprawa, zatraca się w tym tekście konkretny sens – jakby wygładzanie językowe rozcieńczyło treść. Przynajmniej ja mam problem z wgryzieniem się w lekturę, podczas gdy biorąc do ręki dla porównania wersję Demkowskiej trudno mi przerwać czytanie i wrócić do lektury nowego wydania. Choć przyznaję, że często jej sformułowania są mocno akrobatyczne i niezbyt udane :)
      Może dożyję trzeciego przekładu, idealnego – pomarzyć wolno ;P

  2. To już drugi wpis nt. nowego przekładu powieści Fitzgeralda – niewiele brakuje, żebym i ja zakupiła nowe wydanie i, przeczytawszy, położyła je półce obok starego (co byłoby karygodne, zważywszy na to, jak mało mam pieniędzy i jak wiele nieprzeczytanych książek do kupienia)! ;)
    Na tłumaczeniu się nie znam, oba przekłady zapewne mają swoje wady i zalety. (Moim zdaniem) początek powyższego fragmentu ładniej brzmi u D-B (która istotnie ma skłonność do, jak to ujęłaś, akrobatycznych sformułowań), ale już „lecz tak się chwaląc moją tolerancją…” lepiej brzmi u Dehnela („I, pochwaliwszy się tak moją tolerancją, wyznać muszę, że i ona ma swoje granice”).

    Pozdrawiam ciepło!

    • Kasjeusz,
      I dla mnie bardziej „chwytliwy”, albo po prostu naturalniej brzmiący, wydaje się początek w przekładzie Demkowskiej. Ale może to kwestia starych przyzwyczajeń ;)
      Jednak Dehnel zgrabniej literacko sobie poczyna, to mu przyznaję, choć forma bierze od razu górę nad treścią w ten sposób. Nie wiem dlaczego.

      A do porównań nadaje się egzemplarz pożyczony – taki jak u mnie na przykład. Nakłania się grzecznie kogoś, by sobie kupił takie ładne wydanie, bo zapewne nie posiada, i się czyta za uprzejmą zgodą ofiary :) To jedna z moich ulubionych książek – choć gorzka, to jednak mądra i prawdziwa – więc nie mogłam sobie odmówić ponownej lektury, zwłaszcza, że nowy przekład to świetny pretekst do odczytania powieści na nowo. Taki przynajmniej był plan.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s