Ruta Sepetys SZARE ŚNIEGI SYBERII

Zamiast przetłumaczyć i wydać po polsku dziennik Dalii Grinkieviciute, litewskie świadectwo zesłania wgłąb Związku Radzieckiego, polski wydawca uraczył nas amerykańską wersją historii dla młodzieży. Ruta Sepetys, urodzona i wychowana w Stanach Zjednoczonych, postanowiła – jak połowa jej rodaków tłumnie szturmujących kursy opowiadania o wszystkim i za dużo – zostać pisarzem i zgodnie z zaleceniami branżowych marketingowców stworzyć dzieło patetyczne, melodramatyczne i umoralniające. Polski wydawca uwierzył w ten produkt na tyle, by w tytule bezpośrednio zasugerować poważny temat Syberii (a przecież oryginalne „Between Shades of Grey” może budzić obecnie równie żywe skojarzenia z bliższym jakościowo towarem), pominąć milczeniem docelowego dziecięcego odbiorcę i sprzedać powieść Sepetys wychowanemu na porządnej literaturze obozowej i zesłańczej nadwiślańskiemu czytelnikowi.

 

 

Fundament pod opowieść Sepetys stanowić mają jej rodzinne historie i dwie wizyty autorki na Litwie. Legitymując się takim zaangażowaniem w temat, niczym moralnym paszportem, stworzyła tekst, gdzie fikcyjna nastolatka wraz z rodziną trafia w roku 1941 do pociągu towarowego. Losy jednego człowieka w machinie stalinowskiego terroru to dla autorki najwidoczniej za mało, więc Sepetys sięga po wszystkie zasłyszane opowieści i tworzy fikcję, powieść-konglomerat. Tutaj nie ma miejsca na trwanie, na walkę z samym sobą o zachowanie człowieczeństwa. W „Szarych śniegach Syberii” liczy się akcja, bohaterstwo, dosłowność przekazu, dwubiegunowość postaci. Jedni są szlachetni w obliczu zła, inni podli i zasługujący na surowa ocenę. Szafowanie ocenami moralnymi w powieści usprawiedliwiać ma młody wiek i niedojrzałość bohaterki, jednak w tego rodzaju prozie wydaje się być to niewybaczalnym uproszczeniem i strywializowaniem sytuacji terroru psychicznego. Dobra literatura pozostawia oceny czytelnikowi.

 

 

W „Szarych śniegach Syberii’ nie odnajdzie polski czytelnik, znanych z autentycznych przekazów epoki, realiów i atmosfery życia pod okupacją, wywózki czy pracy w obozach. Autorka porwała się na temat wymagający niebywałej dbałości i wrażliwości w zakresie języka, psychologii, codzienności. Zamiast tego w powieści nacisk położono na pretensjonalny motyw artystycznych uzdolnień bohaterki i jej pełen egzaltacji zachwyt malarstwem Muncha, co w żadnym razie nie przekłada się na wrażliwszy czy bardziej uniwersalny odbiór świata przez jej postać. Ot, malowniczy i z założenia wzruszający motyw duchowego elitaryzmu, który zapewne wynagradzać ma ubóstwo językowe pisarki, dialogi wyrażające oczywistości i truizmy oraz nieuważne szafowanie schematami-kluczami epoki.

 

 

Czy niski poziom literacki i mocno naiwna historyjka epatująca obficie brutalnością i okrucieństwem powinny służyć umoralnianiu i nauce historii? Czy właśnie gorsze należy się młodszemu czytelnikowi? Czy nie lepiej tak trudny i poważny temat pozostawić pisarzom, którzy w sposób szczery i autentyczny, odpowiedzialnie i bez zbędnej bufonady opowiedzieli o tym traumatycznym czasie i życiu czerpiąc z własnych ponurych doświadczeń?

 

 

Totalitaryzm uderzał w człowieczeństwo, a nie tylko w człowieka. Trwanie, myślenie i czucie są w takich świadectwach najważniejsze – koszmar fizycznej degradacji niszczył dusze. Ruta Sepetys nie dotknęła ani przez chwilę istoty zbrodni stalinowskiej, jej „Szare śniegi Syberii” to zaledwie buńczuczna awanturka niesmacznie posługująca się dramatycznym losem ofiar totalitaryzmu sowieckiego. Syberia for dummies.

 

_______________________________________________________________________

Ruta Sepetys, Szare śniegi Syberii, Nasza Księgarnia, 2011

Advertisements

30 thoughts on “Ruta Sepetys SZARE ŚNIEGI SYBERII

    • A ja nie chciałam, ale że była pod ręką i wszędzie piali z zachwytu, to przeczucia odłożyłam na bok. Zimny prysznic. Z błędami typu: „PRZEPCHAŁAM się do przodu”.

      I chyba bardziej niż sam poziom książki smuci mnie ten zachwyt wokoło. Czy nikt nie miał w ręku Sołżenicyna, czy Herling-Grudziński to nie lektura już? W USA może są to niszowe i zbyt trudne teksty, ale że u nas tak powierzchowne rzeczy jak Sepetys polecają sobie dorośli ludzie… Zgroza.

      ‚Chłopca’ miałam w planach, ale po Twoim tekście mocno zwątpiłam w sens lektury :)

      • Sepetys się chyba blogowo przewaliła, zanim zacząłem blogować. Ale za to na pewno trafiłem na jedną opinię mało entuzjastyczną – właśnie że to jest tandetna podróbka zionąca sentymentalizmem. A Herling w lekturach chyba wciąż jest, ale czyta się bryki, nie oryginał.

        • Na blogach Sepetys w ogóle nie kojarzę, ale ze mnie słaby przodownik „bywalcownia” ;) Za to na LC same skąpane we łzach peany – znaczy się „wartościowe opinie” w tamtejszym żargonie pozytywnych wibracji.

                • Blogowe kwiatki plus gratisowo grono wolnych strzelców nęcących nową jakością wypowiedzi, jak na przykład ta: „W głowie kołaczy mi się wiele myśli…”. Dla 11 innych oczytanych (więc elitarnych) jednostek jest to element ‚wartościowej opinii’.

                  I fenomen Zafona chyba zaczynam rozumieć: „Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.” Próżnia przegląda się w próżni najwyraźniej :)

                  • Koleżanka nie uważa Zafona? Nie uważa za pisarza głębokiego, wręcz metafizycznego, którego powieści otwierają okno na kosmos? (A w kosmosie, nie dość, że zero absolutne, to i próżnia). Cień wiatru Cię za karę pochłonie:P

  1. Dzięki o dzięki za tą recenzję. Jak napisałaś na początku posta, jestem jedną z tych osób wychowanych na dobrej literaturze obozowej i wojennej i tak jak przewidziałaś tytuł i notka wydawcy spowodowały moje zainteresowanie tą pozycją. Teraz widzę, że dostałoby mi się wielkie rozczarowanie zamiast oczekiwanej uczty. Nie przeczytam i dzięki Ci za to!:)

    • Paula,
      I tytuł, i grafika okładki mają za zadanie zwabić polskiego czytelnika w znane rejony jak sądzę. Ale nie czeka tutaj na niego trudna, za to warta przeżycia proza, tylko bardzo amerykańskie w formie czytadło. Perfidny marketing po prostu.

      Z tematyki zesłań i radzieckiego terroru czasu wojny mogę polecić zbiór świadectw „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali…” w opracowaniu Ireny Grudzińskiej-Gross i Jana T. Grossa. Bardzo różnorodne relacje, ale autentyczne, nie stylizowane.

      • Masz całkowitą rację, marketing w najgorszym wydaniu. Niestety nie pierwszy i nie ostatni raz dajemy się nabierać na tego typu zabiegi:/ Wielką fanką amerykańskiej literatury nie jestem, a już na pewno nie w wydaniu, które opisałaś i wkurza mnie, że chce się mnie robić w konia… Ale, ale, sięgnę za to po „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali…”. Dziękuję za polecenie :)

        • Nie będę się wypierać Hemingwaya, Steinbecka czy Fitzgeralda. W takim wydaniu bardzo lubię amerykańską prozę. Nawet mam do niej słabość i wiele wybaczam :) Ale czytadła z tamtych stron zazwyczaj schlebiają naprawdę niewymagającemu czytelnikowi. A w moim odczuciu temat zsyłki, terroru, wojny zasługuje na godne potraktowanie, inaczej to żerowanie na ludzkich dramatach i szukanie taniej sensacji.

          • Ja za Steinbecka się zabieram, zabieram i zabrać się nie mogę. Wstyd, ale nadrobię. A wiele wybaczam prozie europejskiej czy polskiej. Zdecydowanie częściej sięgam po literaturę z naszego ‚podwórka’ niż tą amerykańską. Przyznaję jednak, że mi się zdarza, teraz np. mam na tapecie „Korekty” Franzena :) A amerykańska proza kojarzy mi się z amerykańskimi filmami, które też bazują w większości na jednym i tym samym sprawdzonym schemacie działania…

            • Z filmami masz rację. Tak naprawdę tam około 90% filmów stanowią ekranizacje bestselerów ichnich. I to nic nowego – dotyczy to również starszych produkcji. Ale teraz w ramach globalnego rynku docierają do nas w pakiecie: obraz i tekst. Podwójny zysk ;)

              Steinbecka polecam bardzo „Na wschód od Edenu”. Kiedyś moje katharsis :)

      • Wystarczy, że sam w to uwierzył. I nie musi już ani udawać, ani się kreować – dziś BYĆ twórcą, TO MIEĆ czytelników ;)
        Ale tutaj się zaczyna poważna dyskusja o jakość czytelnictwa, o które wszyscy tak chcą walczyć. Statystyki wszelkie szybciej się winduje Zafonem niż Myśliwskim.

          • Nie wątpię, że tak właśnie o sobie myślą i właśnie wynikami sprzedaży w tych urojeniach się podpierają :)
            Jaki czytelnik, taki twórca. Twórców jednak garstka, a czytelników tysiące! Dlatego dla mnie problemem nie jest grafoman, ale wynoszący go na piedestał tłum. Śliski temat ;)

  2. Jeśli chodzi o tę tematykę to wolę pozostać przy standardowym, bo wpidanym do kanonu lektur Herlingu-Grudzińskim, czy Sołżenicynie, do którego się przymierzam niż bawić się w takie wariacje. Zgadzam się z Twoją recenzją w 100%.

    • Franca,
      Ku przestrodze jest moja notka. Bardzo bym się cieszyła, gdyby czytelnicy zdecydowali się na wariant trudniejszy, jak „Inny świat”, czy wspomniana w komentarzach pozycja „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali..”, zamiast wydmuszki Sepetys. Lektury szkolne nie są za karę :)

  3. A ile to amerykańskich pisarzy porywa się na niby historyczne powieści, gdzie nawet nie chce im się przeczytać oryginalnych źródeł, a jedynie amerykańskie opracowania? Albo kiedy noga ich nigdy nie postanie w danym kraju, nie znają tamtejszego języka, ale są niesamowitymi ekspertami, którzy głoszą swe sądy na prawo i lewo? Szczególnie cierpi na tym tematyka wojenna, gdzie porywa się taki amerykański pisarz na stworzenie powieści właśnie umoralniającej (bo jak – Amerykanie muszą mieć patetyczną, wzniosłą historię). Pozdrawiam :)

    • Palanee,
      Samo zjawisko tworzenia podrzędnych czytadeł z historią w tle przez amerykański rynek mnie nie boli, dopóki polscy wydawcy nie próbują nam wciskać takich ‚perełek’. Coś może wystarczać czytelnikowi za oceanem jako obraz Starego Świata, ale u nas dostępnych jest za dużo autentyków z epoki, by można było zaakceptować takie kaleczenie obrazu tamtego świata. Na hasło „amerykański bestseler” niedługo trzeba będzie uciekać w popłochu ;)

  4. Myślę, że problemem rzeczywiście jest tu nietrafiony marketing, bo to jakby porównywać Harry’ego Pottera z Marquezem. Nie czytałam książki i pierwsze słyszę, że przetłumaczono ją na polski, ale w amerykańskiej prasie pisano o niej w działach o książkach dla młodzieży, i w tym gatunku to był pełen ewenement tematyczny – nie twierdzę, że „obozowej” czy wojennej czy historycznej literatury dla młodzieży w USA nie ma, jest chociażby wspaniałe „Code Name Verity”, ale jeszcze wschód Europy i żeby się to sprzedało i było wśród młodzieży poczytne to jest sztuka. Ale polski wydawca nie wiedzieć czemu pomieszał gatunki :/ Czyżby uważał, że polska młodzież nie czyta?

    Ja się nie zamierzałam zabierać za „Szare śniegi”, ale kątem oka obserwuję nową powieść Sepetys, „Out of the Easy” bildungsroman o latach 50tych, Nowym Orleanie i córce prostytutki. Podobno jest fajne… A teraz trochę się przestraszyłam, skoro taki płytki podobno debiut. Ale i tak nie była wysoko na liście „a może”.

    • Leseparatist,
      Dziękuję za ciekawe informacje. W polskim wydaniu brak jakichkolwiek wskazówek o tym, że jest to proza uproszczona ze względu na młodszego odbiorcę i sięgają po to wszyscy zainteresowani historią choć w niewielkim stopniu.
      Porównań jednak szybciej szukałabym z powieścią Lee Harper „Zabić drozda” – również docelowo proza przeznaczona dla dzieci, jednak tak dobrze napisana, przemyślana i trafna, że nie potrzebuje żadnej taryfy ulgowej u dorosłych. Tak powinno się pisać o trudnych rzeczach. Bez względu na wiek odbiorcy – dobrze.
      Zaś książka Sepetys jest po prostu słabiutka. Domyślam się, że dyskomfort potęguje jeszcze brak jakiejkolwiek autentyczności realiów naszej części Europy, które wchłaniamy z innych lektur tamtego okresu. Ciągłe nazywanie Rosjan „Sowietami” rani uszy po prostu. To byli „Ruscy”, „Czerwoni”, „Bolszewiki”, dużo rzadziej „Sowieci”, przynajmniej w tamtym czasie jeszcze. Takie drobiazgi, ale człowieka stykającego się z naszą historią w postaci żywych świadectw muszą uderzać nieścisłością, zaniedbaniem, nieznajomością tematu tak naprawdę.
      Ta książka gra na silnych emocjach, epatuje brutalnością i pewnie stwarza pozory obcowania z prawdziwą historią. Ale ani nie mówi żadnej prawdy, ani nie pokazuje nic ponad opisane zdarzenia. Akcja i patos. U mnie budzi niesmak, a w Stanach nabija kasę wydawcy – taki świat :)

      • Ale czy Harper była przeznaczona dla dzieci? Trafiła na listy lektur, to prawda, ale przecież krążyły plotki, że może to powieść Capote’a, traktowano to raczej od początu jako powieść literacką / mainstreamową, a chociaż pisano powieści „dla dzieci” czy „dla młodzieży”, to Young Adult jako takie jeszcze nie funkcjonowało na rynku. Ja zresztą właśnie w gimnazjum czytałam Zabić drozda i uważam, że za wcześnie, i że niewiele zrozumiałam…

        Sowieci to zatem ewidentnie amerykanizm, błąd, który wydawca powinien poprawić :/ Nie będę książki bronić, bo nie czytałam ani nie mam szerokiego oczytania w literaturze obozowej, ale myślę, że i tak niech nabija to kasę wydawcy a nie tylko autobiografia One Direction ;D Może młody czytelnik zacznie od tego i zachęci go to do sięgnięcia po więcej literatury opowiadającej o czymś więcej niż tylko pięknych nastoletnich idolach. *Optymistka*;)

        • Leseparatist,
          O tym, że „Zabić drozda” powstawało z myślą o młodszym czytelniku wyczytałam kiedyś w artykule dotyczącym powieści. Niestety nie przytoczę już z pamięci ani autora, ani tytułu – informację sobie przyswoiłam i w takim przekonaniu żyję od tamtej pory :) Ale spierać się nie będę.
          Jednak nadal uważam, że dobrze napisana książka dla dzieci/młodzieży jest też dobra lekturą wypoczynkową dla dorosłego. Jak Tove Jansson, Mark Twain, L.M.Montgomery, Makuszyński, Chmielewska, J. Gaarder, a nawet Rowling bym tutaj umieściła. Jedne są poważniejsze, inne lżejsze, ale w lekturze bronią się same.

          Rozumiem, że świadomość wojny i totalitaryzmów europejskich jest w USA dużo mniej obecna, niż u nas. I że nawet tak słaby tekst wydaje się wielkim wyczynem, skoro wzbudza zainteresowanie. Ale wydania tej książki w Polsce nie rozumiem. W szkołach są „Medaliony” Nałkowskiej, „Inny świat” Herlinga Grudzińskiego, „Jeden dzień” Sołżenicyna, „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall – prawdziwy tragizm przekuty w świetną, uniwersalną literaturę. Sepetys to taki ogłupiacz w tym zestawieniu. Dla mnie jej książka to wielkie nieporozumienie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s