Irena Zarzycka DZIKUSKA. HISTORJA MIŁOŚCI

„Świtało. Z gór pokrytych zielenią dymiły białe mgły… na rzekę różowo-złotym blaskiem kładł się uśmiech idącego z dali słońca, które lśniącym kluczem otwierało podwoje dla kroczącego już z szelestem ziół, z świergotem ptasząt dnia… A temi samemi podwojami uchodziła wonna letnia noc.

Witold stał w oknie i patrzył jak z białych całunów odtulały się zielone szczyty, a szara rzeka nabierała jak bańka mydlana kolorów i blasków.

Patrzał na dziki zapuszczony, a piękny ogród tchnący rzeźwym pachnącym chłodem.

A słońce już weszło w triumfie i ptaki dzwoniły hymn powitania.”

 

Kiedy już pierwsza strona książki wita czytelnika dziesiątym (a może jedenastym?) z rzędu wielokropkiem, to należy wzmóc podejrzliwość. Może ta „Dzikuska” to jednak nie powieść młodzieżowa dla niesfornych panienek? Wątpliwości nie byłoby żadnych, gdyby postaci Ireny Zarzyckiej nie zasnuwała mgła zapomnienia. Odtulmy zatem całuny ignorancji (sic!): Irena Zarzycka to jedna z poczytniejszych autorek romansów w okresie międzywojnia , a jej „Dzikuska” (o wiele wyjaśniającym, acz pomijanym często podtytule: Historja miłości) doczekała się nawet swojej filmowej wersji w 1928 roku, czyli zaledwie w rok po wydaniu książki. Sukces niemały. Kino wchłonęło jednak w swoje tryby produkt w pełni gotowy, bowiem czytanie tej powieści jest niczym niedzielny seans „W starym kinie”, brakuje jedynie terkotania starej taśmy i przedmowy pana Janickiego.

Fabuła jest prosta. Oto w Kruszelnicy, majątku pewnego ziemianina, uchowało się dziecię płci płochej, nad którego wychowaniem nikt się solidnie nie pochylił i w efekcie wyrosła sobie samowolnie Ita, panna niesforna, krnąbrna i do innych panien krwi szlachetnej w ogóle niepodobna. Poskromienia takiej złośnicy podejmuje się Witold Leski, młodzian przystojny i szlachetny. Troskliwość i czułość również w ramach tego pakietu testosteronu zwanego belfrem otrzymujemy. I tak w pięknych okolicznościach przyrody, ku zdziwieniu jednych i uciesze drugich, kaczątko przemienia się w łabędzia. Prawie salonowego. By opowieści jednak wystarczyło na dłużej, niewinność i naiwność młodej dzikuski napotyka na swej drodze nie tylko na wielkoduszną przyjaźń arystokracji i hołdy męskich smakoszy świeżej urody, ale i salonowe intrygi istot bardziej zawistnych, jakimi okazują się wiejskie piękności.

A Ita rzekła śpiewnie i głęboko:

– Nie mogę… jestem zaczarowana… czekam na miłość…. czekam i słucham, kiedy zmilkną moje oczy, usta i kędziorki… a serce zaśpiewa – kocham!

Romans? Najprawdziwszy. Trąci myszką? Pewniej całą mysią norką. Grafomaństwo? W wydaniu pierwszoligowym. A jednak: cała ta staroświeckość języka, sentymentalność ujęcia i egzaltacja uczuciowa bohaterów przesądza o uroku „Dzikuski”. W nich tkwi siła autentyczności tej prozy, pełen koloryt retro-popkultury. Przyjmując ów spadek kulturowy z całym dobrodziejstwem inwentarza, bez kręcenia nosem, smakując każdy wielokropek, każde infantylne zdrobnienie i każdy górnolotny frazes, niepostrzeżenie pochłania się całą opowieść Zarzyckiej. W sam raz, na czas. Bo jednak dawniej było lepiej (oczywista oczywistość) i nawet grafoman znał umiar, potrafiąc zmieścić swoje fanfary w niepozornym drobiazgu literackim.

Istna pochwała na ramotę, ale widać gust mi dojrzewa i subtelnieje…

__________________________________________________________________________

Irena Zarzycka, Dzikuska. Historja miłości, Rój, 1929 (reprint z 1990 roku)

Reklamy

25 thoughts on “Irena Zarzycka DZIKUSKA. HISTORJA MIŁOŚCI

    • Buksy,
      Dałabyś radę, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że przy czytaniu mogłabyś się dobrze bawić ;) Chyba że nie znosisz przedwojennego kina, ale jeśli akceptujesz konwencję tamtego humoru sytuacyjnego, melodramatów w mini skali, wielkich wyznań niemym spojrzeniem itepe itede, to czytanie „Dzikuski” jest prawie jak gotowy scenariusz. Tylko czarno-białe widoczki słabej jakości obrazu zastępuje kilka takich ckliwych wstawek nastrojowo-opisowych.
      Przewrotnie dobrałam cytaty, pewnie z zamiłowania do kiczu w czystej postaci :)

  1. Te blaski i klucze do otwierania podwojów to ani chybi inspirowane Homerem: „Już w szkarłatne Jutrzenka przybrana odzienie, Siała złote po całym okręgu promienie”. Albo tu: „Opuściwszy Jutrzenka oceanu wody, Rzucała blask na nieba i ziemskie narody.” Ale milczące kędziorki to chyba oryginalny wynalazek autorki, ma smaczek:)

  2. juz mialam zakrzyknac: kochana, oszczedz tego starocia! gdy odetchnelam z ulga.. :)
    mysle, ze powrot po latach do tego typu ksiazek jest bardzo ryzykowny.. czasem lepiej pozwolic im zyc w tamtym swiecie (naszych obrazow w glowie); (porownanie ze starym kinem bardzo trafne)
    albo:
    czytajac, przylozyc do nich zupelnie inna miare (jak to czyni M.Pruszkowska z legenda „Tredowatej” w „Przysle Panu list i klucz”.. czytalas? bo nie umialam znalezc. a cudne! szczerze i goraco polecam (zwlaszcza dla tych, ktorzy lubia obecnosc Ksiazek w Ksiazkach))

    • Kfiatuh,
      Z natury łagodnie obchodzę się ze starzyzną, mając i siebie na względzie ;P

      To było moje pierwsze spotkanie z autorką, zupełnie przypadkowe – naprawdę sądziłam, że to peerelowska powieść dla młodzieży o trudach dorastania :) Zaskoczenie było wielkie: i epoka inna, i gatunek nie ten. Oby każde współczesne czytadło za 100 lat czytało się równie przyjemnie :)

      Pruszkowskiej nie czytałam, była w planach, ale akurat pożyczyłam swój egzemplarz. Za to Mniszkówna może się sprawdzić – dzięki za przypomnienie o niej :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s