CITIUS ALTIUS FORTIUS

Gdyby kolekcjonowanie książek było sportem, walczyłabym w lidze mistrzów. Bez jaj.

A póki co, z braku olimpiad, ale pełna sportowego ducha, trenuję nowoczesne techniki, czyli wizualizacje upychania książek po kątach. Citius-Altius-Fortius i od razu widzę jak wszystko stoi w idealnym porządku – oczami duszy mojej oczywiście. Bo półek zabrakło już jakiś czas temu. Ale wiadomo, że prawdziwy wyczynowiec hartuje się w bólach, a sukces wynagradza jedynie wytrwałych. Walczę więc dalej.

 

Przednówek nie straszny, gdy po zimie uzbiera się roczny zapas czytelniczy. Choć to będzie pewnie jakiś 2050 rok, gdy nadejdzie czas czytania właśnie tej prawie setki szeleszczących nabytków. I oby w maju nas jednak koniec świata nie zastał, bo nic gorszego niż nietrafiona inwestycja, prawda?

I jeszcze dodam dla porządku i spokoju sumienia, że w tym roku książek nie kupuję. Uparłam się i basta. Wszystko, co widać na załączonych zdjęciach, to efekt najzwyklejszych wypadków przy pracy tak zwanych. Właściwie to zaledwie takie drobne pozytywne wzmocnienia ku utrwaleniu nowych, lepszych nawyków, czyli nagrody za wytrwałość w niekupowaniu książek. Bardzo skuteczne są te metody Pawłowa, słowo daję. Wystarczy spojrzeć.

 

Biografiowy zawrót głowy na początku:

  • Pamiątkowe rupiecie…” A. Bikont, J. Szczęsna – wyszperana w antykwariacie internetowym z początkiem stycznia pozycja poświęcona Wisławie Szymborskiej, dotarła do mnie prawie równocześnie z wiadomością o śmierci poetki; nie czas na jej czytanie;

  • Korczak” Joanny Olczak-Ronkier – wychwalany na blogach i wyróżniany w podsumowaniach, a w antykwariatach stoi masowo; dlaczego?!

  • garść biografii za grosze: „Kiki: królowa Montparnasse’u”, „Zelda i Scott”, „Aleksandra David-Neel”, „Diana Mosley” (faszyzm w międzywojennej Wielkiej Brytanii, znany czytelnikom „Zaułka diabła” czy „Okruchów dnia”, to gorący temat literacki wbrew pozorom!), „Tomasz Mann”, „Papa Hemingway” (będę do pana H. wracać i na jego prozę nawracać), „Maria Wisnowska” (nadgryzłam i zapowiada się fantastycznie), „Steinbeck”, „Flaubert”

  • Panna Jane Marple” Anne Hart – ściągawka dla wielbicieli Agathy;

  • Za blisko słońca” S. Wheeler – książka poświęcona bohaterowi „Pożegnania z Afryką”, Dennysowi Finchowi, który w pamięci ludzkiej już zawsze pewnie będzie nosił twarz Redforda;

  • Chwile istnienia” V. Woolf – cierpliwość popłaca;

  • Czas tajemnic” M. Pagnol – drugi tom autobiograficznych wynurzeń Francuza – może nie tylko nieszczęścia chodzą parami?

Mydło i powidło, bo ja nie wybrzydzam:

  • Statek” S. Mani – ISLANDIA. Kropka.

  • Niesamowite opowieści” Grabińskiego czyli polskie horrory sprzed wielu wielu lat;

  • trochę Balzaka, trochę kryminałów (Macbride tylko na smaczek) i okruch z czeskiej kolekcji czyli „Batalion czołgów” J. Skvorecky’ego (był jeszcze „Lemoniadowy Joe” do nabycia, ale już Szczygieł w zapowiedzi brzmiał tak absurdalnie, że zwątpiłam; słusznie?);

  • Koniec jest moim początkiem” T. Terzani – przeczytałam jednym tchem, więc będę polecać; no, chyba, że mi się nie zechce, to już polecam;

  • Stroma ściana” Ginzburg, „Brzemię białego człowieka” Dziewanowskiego – o niechlubnych kartach historii ludzkości;

  • Zaginione miasto Z” Grann’a i „Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu” Theroux – wyróżnione w ubiegłym roku pozytywnymi komentarzami licznych blogerów wymagają mojej trzeźwej oceny w końcu (sic!);

  • Higieniści” M. Zaremba Bielawski – jedni w prezentach dostają historie o miłości z wyrazami miłości, a inni teksty o eugenice z wyrazami troski;

  • Widok z Castle Rock” A. Munro – nieznajomość prozy tej pani coraz gorzej wypada towarzysko, więc pora się podszkolić i nonszalancko wygłosić opinię najmojszą;

  • Jeśli zimową nocą podróżny” I. Calvino – lektura klubowa zdobyta z wielkim opóźnieniem, a tu jeszcze przeczytać wypada;

  • dwa tomy trylogii Gormenghast Mervyna Peake’a – szczypta fantastyki w moich zbiorach jest widocznie nieunikniona;

  • Matki” T. Dimowa i „Drzazga” Zazubrin – ciężki kaliber literacki w niepozornych wydaniach;

  • łupy z Czytelnika: Eco oraz mała proza Marai, Jerofiejewa i Bernharda

  • Hanulka Jozy” Legatovej – też zdobyta, nic tylko przeczytać;

  • Irlandzka herbatka” C. Carson to inspiracja wybestami Buksy, ale już różowy grzbiet Colette to jej bezpośredni podarunek;

  • i jeszcze Iza dołożyła swoją cegiełkę w postaci Iris Murdoch – na blogach człowiek nie zginie, nie z braku literatury :)

Na wszelki wypadek jednak – by zbyt gwałtownie nie odczuć efektu odstawienia napływu nowych tytułów, a tym bardziej, by nie zabrakło po prostu pod ręką książki – zapisałam się do biblioteki. Na dobre decyzje nigdy nie jest za późno, a cztery regały wypełnione po brzegi romantyzmem i namiętnością zapowiadają chwile co najmniej upiorne upojne.

Reklamy

37 thoughts on “CITIUS ALTIUS FORTIUS

  1. Po pierwsze, piękny kocurek w nagłówku, po drugie – masa starych znajomych w zakupach:P Po trzecie – ja też nie kupuję od początku roku, tylko czasem coś drobnego, żeby się nie wpędzić w jakaś chorobę z braku dopływu książek:) Do olimpiady moglibyśmy stanąć wspólnie – drużynowo albo w konkurencjach indywidualnych.

    • Aniu,
      Zalega w pobliskim antykwariacie. Mój egzemplarz kosztował 25pln, więc chyba przyzwoicie. Ale dziwi mnie, że kolejne sztuki pojawiły się i stoją, bo kto oddaje dobre książki w obce ręce? :)

      Przeczytałaś już może „Opatrzność” Brookner? Bo właśnie ją upolowałam w bibliotece i będę musiała jeszcze w marcu przeczytać – możemy się jakoś zsynchronizować i wrażenia porównać :)

      • W marcu nie dam rady, muszę się spinać, żeby z Byatt zdążyć, a na razie widzę to pesymistycznie. Uprasza się o wyrozumiałość.;)

        • Szkoda, ale rozumiem. Grafik trzeszczy w szwach, a ciekawych tropów i terminów spotkań wciąż przybywa :)
          Ale mam nadzieję, że dla Byatt znajdziesz chwilę. Ja tym razem wcześniej się zabrałam za lekturę, żeby ją przetrawić jeszcze, bo to trudna sztuka ;)

  2. Skąd ja to znam!!! Miejsca na półkach nie mam już od dawna, a co gorsza miejsca na nowy regał, który mąż chętnie by postawił, też nie bardzo. Straszne to dla mola książkowego

    • Kasiu,
      Ten sam ból – o nowych regałach nie ma co myśleć nawet :) Miały być półki pod sufitem, ale budowlane plany przekreśliły takie fanaberie na jakiś czas.
      Może to jednak lepiej, bo człowiek się dyscyplinuje bardziej i realniej patrzy w przyszłość: skoro teraz nie czytam nawet stu pozycji rocznie, to ile zdołam sobie powtórzyć za ileś tam lat i kosztem jakich nowości? Trzeba zostawiać tylko creme de la creme :)

  3. „Wariacje pocztowe” też mam na półce, wciąż darzę sentymentem, bo swego czasu dostarczyły mi upojnych wrażeń czytelniczych ;-). Znakomite. Poza tym zazdroszczę możliwości nabywania z całych sił, bo od dłuższego czasu kupno chociażby jednej książki powoduje u mnie kilkudniowego kaca moralnego – kompletnie nie mam już miejsca… :-(
    Widok Tosi spacerującej po książkach – bezcenne :-).

    • Eireann,
      Brandysa wzięłam na próbę, ale Twój entuzjazm jest zaraźliwy i muszę przyspieszyć jego lekturę. Choć o to trudniej, niż o upchnięcie zakupów po kątach ;)
      Bo też sądzę, że masz jeszcze sporo miejsca, tylko nie myślisz o tych przestrzeniach właściwie: krzesła są? Parapety są? I zawsze, ale to zawsze pozostaje kawałek podłogi i solidny fragment ściany na podparcie ;P

      Tosia to niestety mały wandal książkowy, który zupełnie nie potrafi zachować stoickiego spokoju w obliczu nowej zabawy. Nie to co Zuzek i jego zen :)

      • Mam przeczucie, że Brandys może przypaść Ci do gustu, więc nie zwlekaj przesadnie długo ;-).
        Hm… z wymienionych przez Ciebie przestrzeni wolny jest jedynie parapet… pozostałe są pozajmowane, niekoniecznie książkami, ale także. Ściany już całkowicie podparte meblami.
        Przypuszczam, że Tosią kieruje ciekawość i głód wiedzy, natomiast Zuzek jest przekonany, iż posoadł już cała marość zawartą w tych księgach ;-).

        • Oczywiście miało być: „posiadł już całą mądrość”, tylko tekst mi się schował i nie widziałam, gdzie popełniam błędy.

          • Eireann,
            Postaram się pamiętać o Brandysie – nie schowam go za wysoko, ani zbyt głęboko :)

            Też zauważyłam, że okienko komentowania mało energicznie reaguje na długi tekst. Trzeba klawisz kursora „na dół” kliknąć i już jest ok.

  4. No niezłe te wypadki przy pracy :) Ech, nie mam tego problemu, zwyczajnie wieczna pustka w portfelu ;) Kotek cudny, świetnie uchwyciłaś jego zdziwione spojrzenie na książki.
    Te książkę o pannie Marple czytałam – byłam zawiedziona, ponieważ tłumaczka wiedziała więcej niż autorka (sic!), co się oczywiście chwali, ale samej tłumaczce, ponieważ autorce wystawia niepochlebne świadectwo. A czego zazdroszczę? No, Korczaka, Balzaca, Woolf, Terzaniego, Granna i Theroux :)

    • Kornwalio,
      Pustka w portfelu to jedyna prawdziwa granica tego szaleństwa i u mnie :) Dlatego zresztą kupuję sporo „staroci” i szperam w okazjach. Zaledwie trzy tytuły ze zdjęć przekroczyły swoją ceną magiczną (dla mnie) granicę 20 złotych. Może biblioteka teraz mnie trochę oduczy topienia majątku w papierach (różno)wartościowych ;)

      Na dociekliwą tłumaczkę w takim razie panna Marple trafiła. Nigdy nie przepadałam za tą bohaterką i może miałam nawet nadzieję, że taka poświęcona jej praca coś tutaj zmieni. Ale w najgorszym razie puszczę ja w świat i wrócę pokornie do Herculesa :)

  5. mi w zeszłym roku udało się nie kupować książek przez pierwsze trzy miesiące – taki był plan – ale za to później poszalałam, no bo skoro tak oszczędzałam przez cały kwartał, to można, prawda? no właśnie. w tym roku ograniczam się więc do dwóch książek miesięcznie.
    a parapet wygląda imponująco :)

    • Patrycjo,
      Całe trzy miesiące?! Czyli to możliwe i dla zdrowia nieszkodliwe? ;)
      Próbowałam już planów rozsądnych: ograniczenia sztuk w miesiącu, wydzielania żelaznego czytelniczego budżetu, równego stosunku oddanych/sprzedanych do nabytych itepe itede. Nie wiedzieć kiedy, zawsze kończę w punkcie wyjścia.
      Może na wzór odchudzania przydałaby się jakaś sieć wsparcia w stylu Book Watchers :D

  6. Jak zwykle u Ciebie imponująco i obiecująco. Pouczajaco tez, bo nie mialam pojecia ze naszym rynku pojawila sie biografia David-Neel. Irlandzka herbatka to lektura upojna a przy tym może i kontrowersyjna.Bardzo jestem ciekawa jak sie będziesz czula w jej oparach.

    • Buksy,
      Chyba niewielu u nas w ogóle słyszało o pani David-Neel, bo to zakup za przysłowiową złotówkę, a zazwyczaj barwne życiorysy przecież są w cenie. Mam nadzieję, że to nie z winy biografa ;)
      Sama jestem ciekawa „Herbatki” – Twoja rekomendacja i opis zachęcają bardzo. I pamiętajmy, że od tego tytułu zaczęła się lawina tegorocznych zakupów, więc oczekiwania mam spore :)

  7. Zacofany w lekturze,
    Gdzież tam znowu ;) Czysta nauka i chińska mądrość w służbie walki z nałogiem – jestem skazana na sukces ;P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s