Magdalena Starzycka SŁOWO PIRATA

Sukces mierzony miliardami dolarów (!) dochodu dla wytwórni filmowych dowiódł niezbicie, że piracka brać stanowi odpowiednią rozrywkę dla kręgów o wiele szerszych niż chłopcy w wieku wczesnoszkolnym. Z dziecięcych marzeń o wielkiej przygodzie, skarbach, tajemniczych wyspach i otwartych przestrzeniach mórz uczyniono produkt masowego rażenia, który rozpalić miał wyobraźnię tłumów. Na fali owej popularności wielu szukać może sposobów na przedłużenie możliwości obcowania z barwnym światem morskich wilków, w chwili desperacji sięgając nawet po literackie odsłony ich awanturniczych poczynań. Książka Magdaleny Starzyckiej może skutecznie ostudzić podobne zapały, bowiem „Słowo pirata” nie jest tym, czego spragniony przygód czytelnik mógłby się spodziewać.

 

Spotkanie w roku 1868 Friedricha i Jean’a rozpoczyna ciąg zdarzeń, które za sprawą burzliwej historii następnych dekad swój epilog znajdą dopiero we współczesnej nam Łodzi (która stanowczo zbyt rzadko gości bohaterów literackich w swych progach!). Hamburg, Corvo (Azory), Recife, wybrzeża XIX-wiecznej Brazylii, Zurych, Paryż, Bordeaux, Portugalia i kilka polskich adresów. Fabuła książki rozciąga się na wielkie obszary, ale też obejmuje ponad stuletnie dzieje kolejnych pokoleń dziedziców i ich spadku. Co jednak ciekawe, choć akcja powieści zawiązuje się na morzu, gdzie w wyniku niezbyt przyjacielskiego zetknięcia się handlowca z piratami oraz rozszalałego sztormu komplikują się losy młodego Friedricha Stein’a, to większość zdarzeń rozgrywa się na lądzie, i to tym niezbyt odległym, bo europejskim. Odkrywanie historii majątku zdobytego w wyniku tej niefortunnej wyprawy zamorskiej odbywa się równolegle na kilku planach czasowych, co z założenia powinno uatrakcyjnić ową rozbudowaną sagę rodzinną.

Jednak autorka nie poprzestała na typowej układance z poprzestawianej chronologii, ale w historyczne fragmenty, co i rusz, uparcie i niestrudzenie, wtrąca mocno współczesne przemyślenia własne, dygresje i informacje rodem z encyklopedii! Oczywiście wiedza pisarki imponuje, a jej szczegółowe rozpoznanie materiału wyjściowego do powieści budzi szacunek, to jednak całostronicowe wtręty o dalszych losach (aż do dnia dzisiejszego!) miejsc, w których akcja toczy się przez moment w zamierzchłej przeszłości, o botanice i architekturze czy innych ciekawostkach lokalnych, może zdezorientować, a z czasem rozdrażnić najcierpliwszych czytelników. Nadmiar informacji przemycany jest również w niezbyt naturalnych dialogach, które służą raczej podzieleniu się kolejną porcją wiedzy, w niczym nie wspomagając ani rozwoju zdarzeń, ani kreacji postaci. Sabotaż własnej fabuły to rzecz niespotykana!

Wierzcie lub nie, ale powieść „Słowo pirata” Magdaleny Starzyckiej zamiast dreszczyku wrażeń wywołuje konsternację. Słowo daję.

Magdalena Starzycka, Słowo pirata, Wyd. MG, 2011

 ***

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG

Reklamy

32 thoughts on “Magdalena Starzycka SŁOWO PIRATA

  1. Książka, jak widzę, czerpie z najlepszych tradycji polskich pisarzy dygresyjnych, Szklarskiego i Nienackiego:) Nie ma to jednak jak stara, poczciwa Wyspa Skarbów, ani jednej wiadomości historyczno-botanicznej, czysta akcja:D

    • Z tego co kojarzę to Nienacki jednak podawał informacje w jakimś stopniu istotne dla fabuły, bardziej zarysowując tło historyczne w zagadkach z przeszłości i czyniąc z takich wstawek stopniowe rozwiązywanie zagadek, podczas gdy autorka zaskakuje czytelnika wiedzą zupełnie przypadkową i podaną w formie osobistych refleksji. Wyspa, XIX wiek, rozbitkowie, więc czytelnik dostaje porcję newsów o peerelowskiej hodowli sarenek, turystyce amerykańskiej i budowie hoteli w tym miejscu w XX wieku! Kilka westchnień odautorskich i wracamy do bohaterów. Dla mnie – abstrakcja totalna :)

      • Ale tylko w pewnym stopniu istotne:) Chociaż Szklarskiego Nienacki nie przebił, bo u niego każde otwarcie ust przez bohaterów służyło zrobieniu wykładu o obyczajach godowych kolibrów i wartościach leczniczych ziół z południowego Meksyku:)

        • Szklarskiego ledwie pamiętam, tak dawno to było, ale pewnie w tych mini wykładach zawierał się cały wymiar edukacyjny jego książek :) I nie narzekałam u niego na brak akcji, miało to jednak ręce i nogi. Jednak to były czasy tak odległe, że nawet polowania na biedne zwierzaki nie wywoływały we mnie jeszcze złości, więc mogłam być wówczas również mniej świadoma jego literackich niedomagań ;)

          • Ja, niestety, wziąłem się za Tomki jako bardzo duży chłopiec i smród dydaktyczny odrzucił mnie od razu, o drętwocie dialogów nie wspomnę:) A jeśli lubisz książki o piratach, to polecam prequel do Wyspy Skarbów – Złoto z Porto Bello Howarda Smitha:D

            • Ja samej „Wyspy skarbów” nawet nie czytałam! Jakoś do książek Stevensona nie dotarłam w młodszym wieku, a potem poszłam w innym kierunku: Anie, tajemniczy opiekun, Siesicka i te sprawy ;) Zresztą tak samo zaniedbałam Verne’a. Tutaj potrzebne jest całe nowe wyzwanie czytelnicze: chłopięcy świat przygód ;P

              • Brniesz w jakieś stereotypy, jaka to chłopięca przygoda? Najwierniejszą czytelniczką Maya i Szklarskiego była moja żona, a ja panów nie znosiłem, w przeciwieństwie do Verne’a:)

  2. Stereotypem było pewnie również pisanie tych książek pod chłopięcego czytelnika? W obecnym świecie granice ról płciowych mocno się zatarły, jednak w czasach ich powstawania były wyraźnie zarysowane, więc to nie mój wymysł, a samych twórców.
    Zresztą moja siostra również zaczytywała się niegdyś w przygodach Winnetou, jednak ze znanych mi dziewcząt – tylko ona! Nie znałam również ŻADNEGO chłopca czytającego o Ani, Pollyannie, Heidi czy Małej księżniczce. Nie uważam więc, bym sugerowała się jakimiś fałszywymi przesłankami, bo przecież nie mówimy tutaj o prawach fizyki, gdzie mamy do czynienia ze stuprocentową powtarzalnością zjawiska, a o ludziach.

    • Chłopcy nie czytali o Ani, bo w ramach utrwalania stereotypów żadna bibliotekarka im tego nie podsuwała, uznając, że dla chłopców May i Verne, dla dziewcząt Polyanna:P

  3. Znani mi chłopcy nie czytali o Ani czy też innych „dziewczęcych” historii, bo nie chcieli. Nawet, gdy była to wymagana lektura szkolna i pani bibliotekarka nie miała nic do gadania! :P

    W podobnym tonie zresztą malują się wszystkie wspomnieniowe gawędy, jak choćby Makuszyńskiego, Borchardta czy Tyrmanda. Pewnie znajdzie się jakiś wyjątek i tutaj, ale osobiście jeszcze nie natrafiłam na takiego delikwenta :) Dlatego dla mnie to żaden stereotyp a raczej pewna reguła, która – jak wszystkie dotyczące ludzi – nie oznacza stuprocentowej sprawdzalności, a jedynie pewien częsty wzorzec.

    • No być może, nie będę kruszył kopii. Zresztą w tej chwili ten podział już jest jakby nieaktualny, autory w sporej części piszą powieści unisex:)

      • Choć nadal powstaje też literatura skierowana do odbiorców konkretnej płci, jak choćby Siesicka, Fox czy dla młodszych seria Witch. W ogóle mam wrażenie, że to dziewczynki częściej ignorują ten podział i sięgają po szerszy asortyment. Ciekawy temat zresztą – dałeś mi do myślenia :)

  4. Żałuję, strasznie mi szkoda, że tak dobrze zapowiadająca się powieść jednak okazuje się pełna denerwujących wtrętów, bezsensownych opisów, które Czytelnika bardziej denerwują niż bawią.

    Czytając początek Twojej recenzji, opis tej, wydawałoby się świetnej, fabuły dostałam aż wypieków. Szkoda, że są autorzy, którzy potrafią nadmiarem zepsuć tak doskonale zapowiadającą się historię.

    • Claudette, książka nie zadowoli raczej poszukiwaczy łotrzykowskich klimatów. Ale mogła z tego powstać całkiem ciekawa saga rodzinna z tajemnicą w tle. Jednak autorka zbyt często zapomina, że świat powieści to nie literatura faktu czy esej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s