Joanna Miszczuk MATKI, ŻONY, CZAROWNICE

Powieść „Matki, żony, czarownice” Joanny Miszczuk mogłyby firmować dwie różne okładki, ale żadna z nich nie powinna przypominać tej rzeczywistej. Nietrudno bowiem tekst książki rozdzielić na dwie części: przyzwoitą obyczajówkę Polski niepodległej – daleką na szczęście od wszelkich kobiecych przemian wewnętrznych pod wpływem klimatu kurnej chatki na krańcu świata, a więc i bez pomostów nadwodnych skąpanych hojnie w złocistych promieniach zachodzącego słońca – oraz coś dużo mniej dla mnie strawnego, czyli historyczne romansidło. I tak pierwsza część mogłaby mi z powodzeniem posłużyć za dowód na to, że głośne w ostatnich latach bestselery polskiej prozy kobieco-optymistycznej zupełnie niezasłużenie zabierają na półkach miejsce literaturze przyjemniejszej i ciekawszej, przed czym skutecznie powstrzymuje mnie rozwinięta w miarę rozwoju zdarzeń romantyczna wizja namiętnych rudowłosych czarownic, poznawanych w awanturniczych okolicznościach i malowniczych odsłonach kolejnych epok.

 

Powieść Joanny Miszczuk można jednak, przy odrobinie dobrej woli, potraktować jako ciekawy eksperyment wielorakiego wykorzystania określonych artefaktów dla uzyskania różnych literackich efektów. Przekazywany z pokolenia na pokolenie pierścionek z diamentem i szafirami zdołał bowiem odegrać pożyteczną rolę sentymentalnego spoiwa dla opowieści bardziej współczesnych bohaterek i ich losów w burzliwym XX wieku. Z kolei w przywoływanych z otchłani przeszłości kostiumowych scenach udręk i uniesień, ten sam „pierścień miłości i przebaczenia” (właśnie tak!) domaga się już odpowiedniejszej, bardziej teatralnej i widowiskowej oprawy. Jeden niezmienny drobiazg, a w zależności od kontekstu, tak odmiennie współgrający z treściami mu towarzyszącymi. Lekcja z lektury zatem wyniesiona, szkoda, że kosztem całościowych wrażeń literackich.

Losy rodu płomiennowłosych czarownic-jedynaczek – których moce (skutecznie marnowane) i całkiem użyteczne umiejętności językowe stanowią jedynie barwną oprawę i pretekst do snucia coraz ckliwszej i mniej realnej opowieści o kobietach najwyraźniej genetycznie zaprogramowanych do nawiązywania toksycznych więzi – zapewne znajdą amatorów w zagorzałych wielbicielach romansów historycznych. Jednak dla mnie jest to zmarnowany potencjał całkiem nieźle zapowiadającej się pisarki obyczajowej, która mogłaby z powodzeniem konkurować z królowymi polskich rankingów sprzedaży o serca i dusze czytelniczek ciekawych historii zwyczajnych kobiet. Apetyt na sagi rodzinne pisane z perspektywy kobiecej jest bowiem w narodzie wciąż wielki, a lekkie i sprawne pióro autorki oraz jej umiejętność portretowania bohaterek zyskać by jej mogło grono wiernych i oddanych czytelników. Cóż, kiedy wybrano inną ścieżkę.

Joanna Miszczuk swoją powieścią „Matki, żony, czarownice” dowiodła, że potrafi opowiadać – zwłaszcza o czasach jej bliższych i o kobietach współczesnych – jednak nie zdołała ustrzec się przed wykorzystaniem wprost rażących banalnością posunięć fabularnych, które z obiecującej sagi obyczajowej uczyniły dość tandetny romans w historycznym anturażu. Dla podobnych książek stworzono już niszę harlequinami zwaną, a naprawdę szkoda byłoby równie udanej gawędziarki dla tego typu literatury.

Joanna Miszczuk, Matki, żony, czarownice, Prószyński i S-ka, 2011

***

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s