Małgorzata Kalicińska DOM/MIŁOŚĆ/POWROTY NAD ROZLEWISKIEM (trylogia)

Kiedy w dzieciństwie przypadającym na siermiężny PRL dostawało się wszystko i jeszcze więcej, kiedy w małżeństwie brak dramatów, a dzieckiem i domem zajmuje się usłużna teściowa, kiedy kolejne zdrady nie zostają wykryte, a usprawiedliwiać je ma – w mniemaniu własnym – paląca potrzeba namiętności, kiedy pogoń za modą i urodą okazuje się niewystarczającą bronią w walce o karierę i kiedy dopiero w wieku niespełna pięćdziesięciu lat dostaje się od życia pierwszego mocniejszego kopa – trudno nie wyjechać na wieś, nie wybudować tam wielomiejscowych garaży, nie postawić w polu cysterny gazowej, nie wykopać sztucznego kąpieliska w dzikim rozlewisku i nie nazwać tego powrotem do korzeni, naturalną ścieżką życia, odnajdywaniem szczęścia i spokoju.

Z siłą wodospadu działa moc inspirujących prawd objawionych w książkowym tercecie Małgorzaty Kalicińskiej. „Dom nad rozlewiskiem”, „Miłość nad rozlewiskiem” i „Powroty nad rozlewiskiem” to dostępna od ręki porcja domorosłej psychoterapii, na jaką pozwolić sobie może każdy. Na dodatek w cenę wliczone jest rozgrzeszenie z obżarstwa i wzajemne pobłażanie dla systematycznego otłuszczania układu krwionośnego. Takiego wspaniałomyślnego poradnictwa ze świecą by szukać w specjalistycznych gabinetach, więc jak tu się opierać?

 

Ekspiacje nad rozlewiskiem

Polski Rok w Prowansji – jak hojnie obiecuje nam wydawca – jest polski aż do bólu. Nie ze względu na rodzime widoczki i tradycyjną kuchnię, bynajmniej. Główna bohaterka Gosia, z urokiem godnym swojskiej cioci-kloci, wylewa swoje żale i utrapienia. Bo świat się zmienił (!), bo młodzi są młodzi, bo ona się starzeje, a na dodatek nikt jej za to nie ceni. Tylko ona potrafi jeszcze sklecić poprawne zdanie, tylko ona potrafi zapisać bezbłędnie owo zdanie, tylko ona odróżnia balet od opery, tylko ona rozumie, że reklama (którą się zajmuje z zacięciem niemałym) to mydlenie ludziom oczu, tylko ona chciałaby zbawiać świat. Reszta to motłoch, młode pospólstwo niezdolne oderwać wzroku od telewizora, bezmyślnie chłonące popkulturową papkę, zajęte sobą i swoimi małymi problemikami. Z takiej perspektywy świat bohaterki zdecydowanie wydawać się może nie do zniesienia. Tylko czy wina faktycznie leży w innych? Czy wyścig szczurów, w którym sama brała udział, a o który oskarża młodsze pokolenia, nie jest efektem ambicji wychowawczych rodziców z jej pokolenia?

Gładkie uproszczenia i wygodne generalizacje zdecydowanie brzmią donośniej, a i trafiają w czułe miejsca wielu czytelników jak sądzę. Z książkami Małgorzaty Kalicińskiej ponarzekać można sobie, że ho ho! I jest to proceder w jak najlepszym guście, skoro erudytki znad rozlewiska właśnie tym się parają.

 Ciocia Dobra Rada

Trylogia „…nad rozlewiskiem” to w gruncie rzeczy fabularyzowany poradnik z gatunku „Jak żyć i być najszczęśliwszym, najlepszym, najpiękniejszym”. Słuszne i jedynie słuszne zalecenia sypią się w tekście niczym manna z nieba, a o ich efektach przekonać się można natychmiastowo: bohaterowie na każdym kroku udowadniają swoją wyższość i lepszość żyjąc w zgodzie z nimi. I tak zagubiony w mętnych otchłaniach współczesności czytelnik zaraz dowie się co jeść, gdzie kupować, jak wychować, komu wybaczać, jak meblować, co oglądać, jak zwiedzać, kiedy podróżować, ile pracować, gdzie mieszkać, z kim romansować itepe itede. Przepis na życie w formie obyczajowej historii, pełnej chwytających za serce momentów, cieplutkich (niczym pampuchy prosto z pary) bohaterów, melodramatycznych powikłań sercowych i codziennych trudów obcowania ze światem bezmyślnych mieszczuchów, pustogłowej młodzieży i złośliwej wsi. Bowiem, co ciekawe, pean na cześć prowincjonalnego życia dotyczy tylko prowincjuszy wykształconych, światowych lub przynajmniej ambitnie planujących udział w wyścigu szczurów (który sam w sobie jest fe!). Taka drobna sprzeczność, która z pewnością potwierdza tylko słuszność wyłożonych poglądów.

O trio mio

Tryptyk powieściowy Małgorzaty Kalicińskiej wieńczy moją przygodę z niedoścignionym – przynajmniej w słupkach sprzedaży – tercetem Polskich Wieszczek Optymistycznych (Katarzyna Grochola i Monika Szwaja gruntownie zapoznane zostały w ubiegłym roku). Fenomen ich popularności pozostaje dla mnie wciąż pewną zagadką, biorąc pod uwagę, jak wiele błyskotliwszych literacko i fabularnie czytadeł jest obecnie dostępnych na naszym rynku.

Powieściowy cykl „…nad rozlewiskiem” okazał się dla mnie przeprawą raczej męczącą i irytującą. Banalnie rozwijająca się fabuła, której nie urozmaicają ani drewniane dialogi, ani kaznodziejskie monologi, jest zbyt bajkowa w stosunku do rzeczywistości, ale i zbyt miałka i przyziemna, jeśli miałaby uchodzić za lekką odskocznię do codzienności życia. Nachalnie ogłaszane prawdy absolutne przy równoczesnej pogardzie dla innych przekonań, upraszczanie złożonej rzeczywistości do rozmiarów populistycznych generalizacji, epatowanie rzekomą erudycją i elokwencją wybrańców losu, a nad tym wszystkim wszechobecny smrodek dydaktyczny. Aż się narzekania odechciewa.

Małgorzata Kalicińska, Dom nad rozlewiskiem, Zysk i S-ka

Małgorzata Kalicińska, Miłość nad rozlewiskiem, Zysk i S-ka

Małgorzata Kalicińska, Powroty nad rozlewiskiem, Zysk i S-ka

Advertisements

57 thoughts on “Małgorzata Kalicińska DOM/MIŁOŚĆ/POWROTY NAD ROZLEWISKIEM (trylogia)

  1. A ja wręcz odwrotnie!:P Trylogię Kalicińskiej pokochałam, choć nie gustuję obecnie w tego typu literzturze i też lubię sobie pokrytykować coś niecoś, czyli pisarki typu Szwaja czy Michalak… Ale do tych trzech książek mam sentyment, przeczytałam je z przyjemnością i nie mogę się doczekać, gdy powrócę do tych powieści:) Hehe, jak wiadomo każda potwora znajdzie swojego amatora! W tym przypadku zostałam amatorem, choć muszę przyznać, że książki, które powstają obecnie a zostały napisane bo „Rozlewisko…” stworzyło na nie modę, doprowadzają mnie niekiedy do rozpaczy… Pozdrawiam!

    • Paula,
      Tego typu literatura cieszy się niesłabnącym powodzeniem, również w bliskim mi otoczeniu. I niech się cieszy – mamy wolność wyboru, mamy możliwości, mamy upodobania i tak powinno być :)

  2. Ja nie czytałam. Oglądałam serial przez jakiś czas. Na tej podstawie stwierdziłam, że książki czytać nie warto. Podobne odniosłam wrażenia.

    Przednia, zasanda krytyka. Brawo.

    • Olenna,
      Serdecznie witam w mych progach :)

      Serial mignął mi kilka razy, więc jestem świadoma głównej obsady, ale nic więcej. Zresztą, posiłkując się klasykami, przyznać muszę, że jak dla mnie w polskich serialach to jest tak: nuda, nic się nie dzieje i w ogóle brak akcji jest, nic się nie dzieje ;)

  3. To ja będę bronić Grocholi (tetralogii, bo reszty nie czytałam), bo mnie bawi :) Natomiast przy Kalicińskiej poległam tak w 1/4 pierwszego tomu, więc podziwiam, że przebrnęłaś aż trzy! A recenzja piękna, brawo :)

    • Lilybeth,
      Z uczciwości przyznam się teraz, że poległam na „Powrotach…” :) Rozpisana w nich jest na głosy i okraszona dodatkową dawką pseudomądrości historia znana z tomu pierwszego, więc dla własnej higieny psychicznej odłożyłam ten tytuł daleko przed końcem.

  4. W podobny sposob odbieralam jakis czas temu film „Male chusteczki” Guillaume’a Canet, w ktorym 5 milionow Francuzow odnalazlo sens zycia i prawdziwe emocje, a ktory pozostawil mnie obojetna, znudzona, a nawet zniesmaczona.

    Trudno czasem zrozumiec, co i dlaczego sie ludziom podoba ;) A moze ten sukces nieciekawej jak mowisz (sama jej nie czytalam) powiesci to zasluga udanej kampanii promocyjnej?

    • Katasia_k,
      Odniosłam wrażenie, że polskie obyczajówki przedarły się na szczyty raczej wbrew niepochlebnym ocenom krytyki i nikłej jeszcze wówczas promocji rodzimych, mało znanych nazwisk. Zadziałał entuzjazm czytelników i poczta pantoflowa. Potem przyszedł dopiero czas na wywiady, felietony, telewizję i całą resztę. Tym bardziej ciekawiła mnie proza, która o własnych siłach wybiła się i zaistniała.
      Może wystarczyło, że wszystko dzieje się w bliskich czytelnikom, bo polskich, warunkach? Trafiły w każdym razie celnie w czułe miejsca swoich odbiorców. Bo na logikę trudno to pojąć ;P

    • Kornwalia,
      Prawie całą ;) Wyjątkowo, i bez wielkiego żalu, odłożyłam trzeci tom przed końcem. Napisany został zresztą chyba z pobudek czysto ekonomicznych, skoro rozkłada na czynniki pierwsze historię znaną z części pierwszej. Taki prequel, tyle że nie wnosi nic nowego ;P

  5. Podziwiam Twoją wytrwałość – oglądałam trochę serial (jednym okiem) i z pewnością książki bym nie zdzierżyła. Po przeczytaniu Twojej recenzji i tak czuję, jakbym miała za sobą całą trylogię… wynika z niej, że jest tam wszystko, czego się spodziewałam ;-)

    • Eireann,
      To raczej ciekawość mną powodowała. I ochota na niezobowiązującą, lekką historię. Nastawienie zatem miałam całkiem poprawne :) Jednak te tony narzekań, zgorzkniałych wynurzeń i krótkowzrocznych uogólnień nie pozwalają traktować tej prozy nawet w kategorii odprężającej bajki dla dorosłych.

  6. Respect. Ja rzuciłam po 10 stronach, a Bóg mi świadkiem, że nie oczekiwałam niczego wielkiego. Chciałam tylko sprawdzić, czy „Rozlewisko” jest faktycznie AŻ tak złe, a okazało się, że nie potrafię się zdystansować, i ten bełkot denerwuje mnie gorzej niż … mąż, dzieci i sąsiedzi w swoich najlepszych momentach:)

    http://zatytulowany.blogspot.com/

    • Winter,
      Od strony literackiej cały ten cykl nie przedstawia za wiele wartości, to prawda, męczący słowotok. Dlatego brnęłam w poszukiwaniu „cennych” treści, które – jak naiwnie sądziłam – musiały być ukryte gdzieś dalej ;) Było minęło, ale mogę już krytykować do woli i nikt mi nie zarzuci nieznajomości tematu. Zatem cel osiągnięty :)

      • Oj, przypomniałam sobie co mnie tak strasznie zirytowało w „Rozlewisku”. Wszystko byłam w stanie potraktować z przymrużeniem oka, ale relacje matka – córka to już była intryga grubymi nićmi szyta. Jasne, od lat nie utrzymują kontaktu, a tu nagle (wystarczy razem wydoić krowę i zrobić konfitury) stają się najlepszymi przyjaciółkami. To już lepiej żeby rzecz działa się gdzieś w odległej galaktyce.

        • Winter,
          Kawałek jednak przebrnęłaś :)
          W tych książkach jednak nie było żadnego dystansu – przemiany, wybaczenia i wielkie namiętności potraktowane są zupełnie poważnie. A im dalej, tym więcej wspaniałomyślności i wielkoduszności u bohaterek. Istny zlot świętych i łaskawych. Wiara w moc domowej psychoterapii prowincją może w nas jeszcze zbyt chwiejna, żeby zrozumieć? ;P

          • O właśnie, „psychoterapia prowincją”… jak za czasów Woltera, kiedy to markizy i inne błękitnokrwiste damy w ramach kontaktu z naturą doiły wyperfumowane kozy, a swoim służącym kazały się przebierać za mleczarki … No jak można wierzyć, że kupno i wyremontowanie obory może przynieść równowagę w życiu?

            • Polski czytelnik uwierzył. Może to kwestia dostępności tych obór do remontu – wciąż ich w naszym krajobrazie więcej niż fachowców od głowy ;)

  7. Że Cię, maiooffko, zacytuję „wyjątkowo i bez wielkiego żalu” odłożyłam pierwszy tom, zmęczywszy ledwie jego połowę. Autorkę lubię, sympatyczna pani (miałam okazję być na spotkaniu autorskim), ale jej pisarstwo już niestety niekoniecznie. Rozwlekle, nudno i pretensjonalnie. Że też Ci się chciało tak przez trzy tomy…
    A co do Szwai to dołączam do opinii Zacofanego, starsze powieści – miód malina, te wydawane ostatnio, niestety, to nie jest to… Zupełnie jak u Chmielewskiej ^^

  8. czesc, nie wiem kiedy odbywaly sie te dyskusje powyzej – dat nie widac na pierwszy rzut oka a nie chce mi sie rzucac raz jeszcze… recenzja mnie zbila z nog. juz mowie dlaczego: wielkie topmy tej sagi(?) napisane, co wiecej wydrukowane, jakies filmy nakrecone, i seriale, a tu taka negatywna ocena. ksiazek nie czytalam bo tu w kanadzie musialabym kupic a na niesprawdzone dziela nie bede forsy wydawac; po drugie czytam tylko na komputerze a nie moge znalezc tych ksiazek tylko audiobooks; i po trzecie, przez przypadek obejrzalam 6 odcinek Zycie nad rozlewiskiem, i postanowilam obejrzec reszte- co tez zrobilam; to wciaga bo to takie Jeziorany czy inni Matysiakowie; to moje wrazenie – za mala bylam zeby tych audycji sluchac, ale bardzo byly popularne, swojego czasu;
    a Szwaje i Grochole lubie, lekkie to i latwo sie czyta; nie widze nic zlego w tej rozrywce; nie musimy sie katowac dzielami uznanymi za powazne.

    • Tereso,
      Nigdzie nie twierdzę, że wszyscy muszą czytać to samo lub mieć podobne zdanie do mojego.
      Upodobania i oczekiwania to jedno, ale dlaczego od razu „dzieła uznane za poważne” mają kogokolwiek katować? Zupełnie inaczej odbieram obcowanie z literaturą piękną czy też jej kanonem (bo o tym tu mowa jak sądzę), choć nie wszystko i nie zawsze zachwyca. Jednak bardziej męczy mnie proza byle jaka, niż ta wymagająca poważnego zastanowienia i głębszej autoanalizy.

      Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s