Jarosław Grzędowicz PAN LODOWEGO OGRODU (1-3)

Od czasu do czasu moja wierność upodobaniom czytelniczym ustępuje miejsca porywom chwili. A jeśli skok w bok, to tylko z fantastyką! Magiczna aura, dzikość serca i awanturnicza żyłka wymagane obowiązkowo – wspomnień z tak krótkiej przygody musi przecież wystarczyć na długi czas. Nie warto też chwytać zbyt łapczywie pierwszej nadarzającej się okazji – jak już wdawać się w romanse, to wyłącznie z najlepszymi! Za takiego też wśród znawców tematu uchodzi „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza, który zwiódł mnie na manowce oczekiwań i porzucił haniebnie. Trzytomowe wydanie jest bowiem projektem nieukończonym: przerwanym w dramatycznym momencie i wymagającym jeszcze wielu wyjaśnień. Tak się nie robi bezbronnym czytelniczkom!

 

Pan Lodowego Ogrodu” Grzędowicza to napisana z wielkim rozmachem ( na dzień dzisiejszy to prawie 1700 stron lektury, a będzie jeszcze więcej) powieść (nie żaden cykl!), łącząca elementy typowego fantasy z lekkim science fiction. Nie mnie oceniać nowatorskość poczynań autora w tym względzie, jednak za samo wykorzystanie materiału wyjściowego – łączenie, dopasowywanie i zaserwowanie w sosie własnym – należą się pisarzowi duże brawa. Książkom nie brak dynamicznej akcji, barwnych bohaterów czy wszędobylskiego dystansu i humoru. Rozbudowany, wielokulturowy świat planety Midgaard obfituje w niezwykłe gatunki, własną mitologię oraz coraz ciekawszą historię, odkrywaną stopniowo i hojnie wzbogaconą o elementy religijne. Konflikty społeczne, rewolucje ustrojowe i wielkie odrodzenie starych wierzeń zapowiadają chaos i zmiany. W świecie, który z niewyjaśnionych do końca przyczyn, utknął w rozwoju kulturowym i technicznym na poziomie naszego średniowiecza, interwencja przybyszów z Ziemi burzy kruchy ład i zastany porządek.

Pieśń Lodowego Ogrodu” to w dużym skrócie przygodowa powieść drogi. Dwóch bohaterów, których losy śledzimy naprzemiennie, zmierza ku swemu przeznaczeniu. Vuko Drakkainen, niczym wojownicza postać z gier typu RPG, przybywa na Midgaard z zadaniem odstawienia członków ekspedycji naukowej z powrotem na Ziemię, ewentualnie zniwelowania skutków obcej (czyli ziemskiej) interwencji do minimum. Misja komplikuje się i urasta do rangi ratowania całej cywilizacji. Niby prosty to wybieg do zaprezentowania szerokiej panoramy nieznanego świata, kreowania kulturowych faux-pas czy odbywania niezliczonych potyczek i starć, a jednak o wędrówce i przygodach Vuko czyta się wyśmienicie. Mnóstwo w niej humoru i ironii, zawadiackości i lekkości. Inaczej rzecz się ma z drugą „połową” fabuły – losy dojrzewającego następcy tronu Filara (w krainie mocno inspirowanej japońskimi motywami i obyczajowością), jego wzrastanie do odpowiedzialnej roli przywódcy i dramatyczna historia rodziny trącą moralizatorstwem i melodramatyzmem. Okraszone licznymi, dość łopatologicznie wyłożonymi, wywodami o wymowie krytycznej wobec pewnych ideologii władzy, z pewnością wpisują się w tematyczne ramy gatunku (walka Dobra ze Złem, Białego z Czarnym, Czerwonego z Zielonym itp.itd). Boring boring boring! Od pominięcia stosownych rozdziałów powstrzymywała mnie tylko świadomość, że losy dwójki protagonistów splatają się w finale w ciasny węzeł i niezbędna jest znajomość całości. Niestety.

 

Męczące rozterki szlachetnego młodzieńca nie są w stanie jednak przyćmić przyjemności, jaką sprawia czytanie „Pana Lodowego Ogrodu”. Żywy i dopracowany drugi plan powieści – tygiel ras, kultur i zwyczajów za każdym razem podsuwa wyobraźni elementy dobrze nam znane z bogatej oferty jaką proponują cywilizacje ziemskie na przestrzeni wieków – dodaje fabule wiarygodności, wzbogaca ją o liczne detale i istotne dla rozwoju zdarzeń artefakty, zadziwia mnogością umiejętnych nawiązań do mitologii „ziemskich”. Grzędowicz, podobnie do Tolkiena, bawi się elementami wspólnymi, które zdają się leżeć u podłoża znanych nam kultur, kreując ich kolejne wariacje oparte na temacie źródłowym (islandzka edda poetycka to chyba kanon literacki dla pisarza fantasy?). Ten „nowy świat” po prostu oddycha!

Potężne przedsięwzięcie polskiego pisarza budzi niekłamany podziw. Rozmach i złożoność awanturniczej przygody zostały podbudowane solidnym fundamentem dopracowanego na każdym poziomie świata, w niczym nie tracąc przy tym na przystępności tekstu i dynamice zdarzeń. Grzędowicz nie stroni od scen brutalności, grozy, czy nawet makabry, jednak równie umiejętnie potrafi bawić ironią i skojarzeniami. Jego historie zdominowane są przez pierwiastek męski objawiający się siłą, działaniem i niewybrednym erotyzmem (testosteron w akcji), choć finezję fantasty dostrzec można w nieco subtelniejszych kwestiach, jak choćby niezwykłe połączenie magii i technologii, które w jego ujęciu zaskakująco uzupełniają się, zacierając granice świata baśni i nauki. Wplatanie treści światopoglądowych i filozoficznych dodaje powieści głębszej wymowy, jednak nie ma co się oszukiwać – „Pan Lodowego Ogrodu” to przede wszystkim rozrywka. Pomysłowa, wielobarwna i z pazurem. Podsycana obietnicą spełnienia w tomie ostatnim.

Wydawnicza (lub pisarska?) opieszałość niszczą moją ideę jednorazowego wyskoku. W objęcia „Pana Lodowego Ogrodu” zmuszona będę powrócić, więc coś dwa razy się jednak zdarza.

Jarosław Grzędowicz, Pan Lodowego Ogrodu (t. 1-3), Fabryka Słów

Advertisements

11 thoughts on “Jarosław Grzędowicz PAN LODOWEGO OGRODU (1-3)

    • Pablo,
      Nade mną żadna dobra dusza nie czuwała i pod koniec tomu trzeciego byłam niezwykle zafrapowana, jak autor zamierza na ostatnich 20 stronach zebrać wszystkie nitki fabularne, wyjaśnić ukryte motywy i ładnie zamknąć całość, nie czyniąc tego po łebkach :) Okazuje się, że pisarz nie tylko nie próbował tego uczynić na tych kilku kartkach, ale od dwóch lat się męczy nad sensownym domknięciem swojego projektu. A mógł mnie zaskoczyć kunsztem zwięzłości ;P

  1. Bnetka uparcie mi poleca tę serię. Ale chyba przekornie poczekam aż napisze całość. Chyba, że zrobi z tego Modę na sukces…yyy ;) W każdym razie zrobiłaś autorowi dobrą reklamę. Mnie nawet te teksty o walce dobra ze złem nie przeszkadzają, za to chrapkę mam na opisanie ichniejszego świata, ras i bardzo jestem ciekawa jak połączono magię z techniką, bo to się rzadko zdarza, na tyle, że nawet nie potrafię sobie przypomnieć teraz dobrego przykładu.

    • Kornwalia,
      Autor jest wychwalany pod niebiosa i zgarnia mnóstwo nagród, więc zgłębiając fantastykę miałabyś nie lada kłopot, żeby go pominąć ;)
      Sama rzadko sięgam po fantasy, bo tak naprawdę schemat fabularny zawsze jest ten sam: nadchodzi decydująca walka Dobra ze Złem, wróżby wszystko już przewidziały, pojawia się Wybraniec, czy udźwignie ciężar i będzie godny ratowania świata i maluczkich? Ale można na tym wzorze wycisnąć własne piętno: jak Tolkien swoją kosmogonią i niezwykle poetycką mitologią, i teraz Grzędowicz pewnym dystansem do formuły i ciekawym spojrzeniem na technologię i magię właśnie.
      Powieść uznałabym za jeszcze lepszą (miażdżącą!), gdyby nie całe to formowanie Pana Szlachetnego – ciężko znoszę bohaterów mądrych i dobrych w teorii, a w praktyce bezmyślnych matołków skupionych na swej doniosłej roli ;P

      Ponoć to miała być jednotomówka, potem trylogia, teraz na jesieni ma się ukazać część czwarta i ostatnia. Ale kto zaręczy, że tak się stanie, skoro po prawie 2000 stron nadal nie pojawił się tytułowy Pan Lodowego Ogrodu?! Pisarz dał się ponieść własnej wizji i nie popuszcza :)

  2. Czekam aż będzie całość. Nie mam już siły na niedokończone serie, chociaż tę akurat książkę poleca mi i biblionetka, i lubimy czytać, i wielu znajomych. No nic, czekam i mam nadzieję, że się nie złamię.

  3. Ojjojoj, tak długo nie zaglądałam na Poczytnik, a tyle się tu działo! ^^
    Więc, primo: „Pan Lodowego Ogrodu” tkwi u mnie na liście do przeczytania od ładnego już kawałka czasu, ale podobne jak przedpiścy czekam na zwieńczenie całości. To takie irytujące odczucie dotrzeć do ostatniej strony ostatniego tomu i musieć czekać na ciąg dalszy, który nawet nie wiadomo czy powstanie…. Przeżyłam to przy cyklu Brzezińskiej i powiedziałam sobie: nigdy więcej. Dlatego wciąż też PLO wisi nade mną, podobnie jak wszędzie teraz komentowana „Gra o tron”, za którą nie zabieram się z tego samego powodu. Chociaż o obu tytułach słyszę same superlatywy!
    Secundo: widzę, że czytasz panią Gaskell! Pamiętam jej opis z „Na plebanii w Haworth” i ciekawam bardzo recenzji spod Twoich łapek, czy będzie takowa? ^^ Pozdrawiam!

  4. Grendello, Lavendo,
    Moje roztargnienie i niechęć do czytania okładkowych streszczeń zemściło się – jestem jedynym czytelnikiem Grzędowicza, który do ostatniej strony sądził, że czyta trylogię :) Trochę czasu potrzebowałam, ale już przebolałam traumę z tego wynikłą. Tak sądzę…

    O powieści Gaskell pisać będę z całą pewnością. Tylko termin jest wciąż owiany tajemnicą, nawet przede mną ;)

  5. A pozwolę się sobie nie zgodzić z gospodynią. Owszem, przy pierwszej lekturze wątek Vuko to okraszony wisielczo-ironicznym humorem western, przy którym młody cesarz blednie i nudzi. Jednak im częściej wracam, tym bardziej widzę że to kwestia mojego własnego humoru i nastawienia – bywa i tak (zwłaszcza w późniejszych częściach), że to właśnie płytkiego i głupkowatego Drakkainena pomijam :)

    Jak dawno temu wymyślił Ingarden, książka nie jest zawarta między okładkami, ale każdorazowo konstytuuje się w przestrzeni styku, między drukiem a czytelnikiem. Z tego wynika, że nie można dwa razy przeczytać tej samej książki, bo ona za każdym razem jest inna. I moje doświadczenie w pełni się z tym zgadza.

  6. Serdecznie witam :)

    Nie zgadzać się z moją opinią można jak najbardziej (nawet bez podpierania się autorytetami) – to tylko garść subiektywnych wrażeń jednego czytelnika i jako takie je tutaj publikuję.

    Nie jestem w stanie określić mojego stosunku do wątku „dojrzewania” przy kolejnych lekturach PLO, ponieważ takie nie miały miejsca. Jednak podobnie poprowadzone fabuły irytują mnie również u innych autorów, więc nie wiem czy liczba spotkań z daną książką ma tu jakiekolwiek znaczenie. Przewidywalność i dydaktyzm w przygodowej scenerii to dla mnie wyjątkowo niestrawna mieszanka. Wolę relaks przy „płytkich” wybrykach Vuko.

    Swoją drogą – książka się nie zmienia w czasie, ale czytelnik tak. Nie można więc dwa razy przeczytać tej samej książki, bowiem za każdym razem to czytelnik jest już inną osobą, a nie sam tekst inną książką, choć w efekcie tak się zdaje :)

    Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s