Isabel Allende PODMORSKA WYSPA

Zakorzeniła się we mnie – najwyraźniej bezzasadna – pewność, iż pisarz iberoamerykański niemal równoznaczne jest z osobnikiem namaszczonym i genialnym. Zgubne to skutki przestawania li i jedynie z wyselekcjonowaną prozą eksportowych tuzów, takich jak choćby M.V. Llosa, G.G. Marquez czy E. Sabato. Olśnienia zatem potrzebowałam – w duecie z książką Isabel Allende – by zdać sobie sprawę, że i w rejonach Ameryki Południowej tworzy się i, jak sądzę, nawet czytuje literaturę wagi lekkopółśredniej (oględnie ujmując). Najnowsza powieść chilijskiej pisarki, „Podmorska wyspa”, okazała się bowiem zaledwie robotą rzemieślniczą: wymierzoną pod łatwy efekt, skleconą z gotowych elementów (znanych i lubianych), zdobną egzotyką niczym folklorystycznym wzorkiem, gdzie umiejętnie wyeksponowany sztafaż historyczno-kolonialny skutecznie odwraca uwagę od banalnej fabuły. Czytadło ze znakiem jakości Allende?

 

Wielka Namiętność i Wielkie Cierpienie z nieodłączną Wielką Historią w tle – nie sposób autorce zarzucić przeoczenia jakiegokolwiek elementu nośnego tej historii. Łatwo jednak w tych monumentalnych proporcjach zagubić człowieka. A pozornie to przecież opowieść o haniebnych dla naszego człowieczeństwa momentach dziejowych: epoce rozumu i humanitaryzmu gospodarczo uzależnionej od krwawej ofiary milionów niewolników. Pisarka umieściła swoją opowieść w okolicznościach niezwykle ciekawych, a nie do końca nam znanych. Eurocentryczny profil nauczania historii w naszych długościach geograficznych sprawił, że Rewolucja Francuska i napoleońskie kampanie skutecznie odwracają uwagę od odległych peryferii „naszego świata”. A działo się tam niemało i warto spojrzeć z bliska na historie egzotycznych zakątków znanych z katalogów podróżniczych.

Saint-Domingue, francuska kolonia na Karaibach, schyłek XVIII wieku. Stąd wielkie plantacje grands blancs wysyłają na europejskie stoły tony cukru – białego złota epoki – i kawy oraz bawełnę i indygo. W zamian wyspa pochłania setki tysięcy ofiar: to jeden z największych ówczesnych rynków zbytu na sprowadzanych z Afryki niewolników, których taniej regularnie dokupować niż wykarmić i pielęgnować! W takim świecie splatają się losy ekskluzywnej kurtyzany Violette, czarnoskórej niewolnicy Zarite i jej właściciela, Toulouse Valmoraine’a, wychowanego w duchu francuskiego oświecenia arystokraty. Rzeczywistość plantacji różni się jednak od europejskich salonów tętniących wielkimi ideami i wolnościowymi mrzonkami, a ekonomiczny bilans nie pozostawia złudzeń – taniej jest odmówić ludności afrykańskiej człowieczeństwa, niż zacząć traktować ich jak istoty czujące i myślące. Nie zmienia tego ani Wielka Rewolucja, ani wybuchające w jej cieniu powstanie niewolników, które z czasem doprowadza do ustanowienia nowego państwa: Haiti. Liberté-Égalité-Fraternité to pilnie strzeżone przywileje białego człowieka, do których kolejka ustawiała się coraz dłuższa, bowiem ze związków mieszanych rodziły się kolejne pokolenia Mulatów (zhierarchizowanych równie sztywnym podziałem, jak inne grupy społeczne). Tygiel ras i kultur: afrykańskiej, hiszpańskiej i francuskiej czyniły ten rejon świata jeszcze barwniejszym, ale i silniej skonfliktowanym wewnętrznie. Jakby tego było mało, z czasem akcja powieści przenosi się na Kubę, ówczesną kolonię hiszpańską, by zakończyć się w Nowym Orleanie, który wraz z całym stanem Luizjana przechodzi z rąk do rąk – najpierw hiszpańskich, potem francuskich – by w końcu trafić w granice Stanów Zjednoczonych. Specyfiką tych ziem są z kolei wielkie rody kreolskie, którym już bardzo blisko wyznawanymi wartościami i obyczajowością do tych znajomych nam z latynoskich sag. Zupełnie wyjątkowy czas i miejsce obrała zatem autorka, by opowiedzieć dość schematyczną historię z pogranicza bogactwa i nędzy, wolności i zależności, grzesznej miłości i konwenansów.

Społeczno-obyczajowe tło i historyczne zawirowania karaibskich kolonii stanowią o całej wartości „Podmorskiej wyspy”. Płascy, jednowymiarowi bohaterowie i mało wiarygodna intryga rodem z brazylijskiego tasiemca zdają się tylko pretekstem – nieprzekonującym i bladym – dla zaprezentowania skomplikowanych stosunków między tak zróżnicowaną i zhierarchizowaną ludnością, zwyczajami lokalnymi, tajemniczymi wierzeniami vodou i burzliwymi dziejami tego rejonu świata. Taka niezwykła sceneria zasługiwałaby na ciekawsze ujęcie i wnikliwsze opracowanie.

Namiętności i udręki w egzotycznej scenerii rozgrzanych słońcem tropików – cóż, że ckliwe i wydumane – znajdą pewnie niejednego amatora, a i może doczekają się specjalnej oprawy filmowej. Jednak nie należy spodziewać się po „Podmorskiej wyspie” Isabel Allende zbyt wiele. Co więcej, co wrażliwszych czytelników porazić może patos i moralizatorstwo, które naprzemiennie cechują poczynania i wyznania bohaterów. Bowiem ta barwna, przykuwająca oczy wzorzystą oprawą pisanka, okazuje się tylko frymuśną ozdóbką, niczym pusta w środku wydmuszka.

Podmorska wyspa” jest sprawnie napisanym, historyczno-obyczajowym czytadłem: niepotrzebnie wygładzonym i dosłodzonym banałem oraz bezskutecznie próbującym wzniecać latynoskie iskry.

Isabel Allende, Podmorska wyspa, Muza SA, 2011

  ***

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA.

Reklamy

15 thoughts on “Isabel Allende PODMORSKA WYSPA

  1. No to mnie zaskoczyłaś. Ja właśnie rozpoczęłam swoją przygodę z Allende (od „Domu duchów”) i jestem pod ogromnym wrażeniem jej umiejętności tworzenia świata ze słów. Czuję się jak niesiona na skrzydłach… Miałam nadzieję, że to już sprawdzona jakość. Ale może każdy poczytny pisarz zaczyna kiedyś pisać pod publiczkę:(

    Pozdrawiam

    • Inez,
      Sama planuję dopiero lekturę „Domu duchów” (ekranizacja pozostawiła wielkie oczekiwania), więc mam cichą nadzieję, że najnowsza powieść autorki to chwilowy spadek formy, a sławę zawdzięcza czemuś lepszemu. A że nazwisko uznanej pisarki sprzeda wszystko, to już inna sprawa ;)

  2. Dzięki Ci maiooffka za tę recenzję! :) Co się człowiek naczyta tych zachwytów nad Allende, ale na Ciebie zawsze mogę liczyć, że napiszesz obiektywnie i nie popłyniesz z pochwałami tylko dlatego, że książka sprawnie dostarcza z góry wiadomych emocji. Całe szczęście, nie zamówiłam tego, wiedziona swoim instynktem. No i ja zawsze się boję sięgać po latynoską literaturę, to zupełnie nie moje klimaty i tylko tacy pisarze jak np. Marquez mnie przekonują, że i tam coś jestem w stanie dla siebie znaleźć.

    • Kornwalio,
      Raczej subiektywna jest ta moja opinia, i to bardzo, ale niezależna od ogólnej fali (niezrozumiałego dla mnie) zachwytu. Ot, malowniczo i egzotycznie, ale nic więcej. A jednak spodziewałam się porządniejszej warstwy fabularnej, wiarygodniejszych postaci i jeszcze jakiegoś magnetyzmu, który sprawia, że jej książki ceni się wyżej niż obyczajowe romanse. Na tle znanej mi literatury latynoamerykańskiej Allende wypadła naprawdę blado. Trzeba było się jednak o tym przekonać namacalnie ;)

  3. Jak to dobrze w gąszczu zachwytów znaleźć głos rozsądku:) Do tej pory gdzie nie spojrzałam spotykałam się z recenzjami, które wychwalały to dzieło Allende i pomimo, że od początku wiedziałam, że tematyka tej powieści mi nie odpowiada i mnie nie pociąga, zaczynałam się poważnie zastanawiać nad przeczytaniem tej książki. Jak bowiem można nie ulec gdy z każdej strony książka jest tak bardzo chwalona? Zresztą nie tylko ta powieść, a sama jej autorka również. Sama nie przeczytałam jeszcze żadnej powieści, która wyszłaby spod ręki Allende i z pewnością kiedyś to zrobię, choćby tylko po to by samemu przekonać się jak to z nią jest:) Teraz jednak wiem, że pierwszego z nią spotkania nie zacznę od „Podmorskiej wyspy” ale od jakiejś innej jej książki. Może „Dom duchów”??? Boję się mojego z nią spotkania, bo bardziej od gorącej literatury iberoamerykańskiej ( choć Mendoza mnie kupił:P) pociąga mnie chłodna lietratura skandynawska:) Zobaczymy co z tego wyniknie…:)

    • Mendoza hiszpański, zapędziłam się, ale to dlatego, że książki hiszpaśskojęzyczne traktuję w podobny sposób… Wszędzie gorące klimaty. Moja wina i przeoczenie:P

      • Paula,
        Zachwyty faktycznie sypią się z lewa i prawa, ale „nie wszystko złoto, co się świeci” ;)
        Sama sięgnęłam po raz pierwszy po prozę autorki i byłam jej bardzo ciekawa. Każda jej książka to w Polsce hit, więc oczekiwać można i należy. A ta pozycja zdecydowanie do wybitnych nie należy. Jako rozrywka: barwna, kostiumowa i egzotyczna – może się sprawdzić. Ale szaleństwa nie ma, więc brutalnie studzę zbyt rozbuchane nadzieje :)

  4. Mnie nie zaskoczyłaś, czytywalam kiedyś Allende (min. Evę Lunę), ale wspominam ją jako przedstawicielkę literatury popularniej właśnie. Aczkolwiek byla lepsza od danielle Steel- tyle pamiętam:).

    • Też znam tylko Ewę Lunę i choć ekranizacja Domu dusz mi się podobała, to jednak nie ciągnie mnie do takich opowieści z wątkami a’la telenowela.

      • Iza,
        Ależ jej przysłodziłaś tą Danielle! ;P
        Bardzo możliwe, że źle ulokowałam oczekiwania i stąd moje wielkie rozczarowanie. Bywa i tak :)

        Kornwalia,
        Pewne rozwiązania fabularne, dziwne sploty zdarzeń, grzeszne miłości i z góry wiadome przeznaczenie kojarzą mi się właśnie z tasiemcami produkcji latino. Choć Marquez zdołała uczynić z tej konwencji literacki szyk i styl. Talent nawet z błota wydobędzie blask i głębię ;)

  5. Uwielbialam Allende jako nastolatka – „Dom duchow”, „Eve Lune” i wszystko inne, na co sie natknelam (zasiala we mnie m.in. irracjonalne marzenie spedzenia nocy pod moskitiera, ktore udalo sie zreszta spelnic ;)), ale balabym sie teraz do niej wrocic – nie chcialabym przekonac sie, ze moja ulubiona pisarka z czasow licealnych juz w ogole mi sie nie podoba (co jest niestety bardzo mozliwe, bo wyroslam juz z czytadel).

    „Losy ekskluzywnej kurtyzany Violette, czarnoskórej niewolnicy Zarite i jej właściciela, Toulouse Valmoraine’a, wychowanego w duchu francuskiego oświecenia arystokraty” – zapowiada sie strasznie ;)

    • Katasia_k,
      Sama boję się wracać do młodzieńczych fascynacji, więc rozumiem takie obawy w pełni. Pewne książki są dobre na określonym etapie życia i nigdy potem już nie smakują tak samo.

      Pachnie kiczem takie trio, prawda? :) Kreacje postaci są właśnie tak poszufladkowane i schematyczne. To bardzo uwiera w trakcie lektury. Choć sam styl Allende nie jest zły i czyta się błyskawicznie. Mogła chyba dopracować cały pomysł jeszcze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s