Michel Faber EWANGELIA OGNIA

Przeklęte niech będą pseudonaukowe książki, nastawione na zysk, szyte grubymi nićmi oszustwa i teologia spod znaku Myszki Miki!”

Tak to mniej więcej, słowami-myślami głównego bohatera „Ewangelii ognia”, można streścić przesłanie książki Michela Faber’a. Mam wrażenie, że autor znany jest w Polsce przede wszystkim za sprawą opasłej powieści „Szkarłatny płatek i biały”, jednak magia jego nazwiska powtarzanego częstokroć w tonacjach pochwalnych, tudzież entuzjastycznych, uczyniła swoje: stałam się posiadaczką aż trzech książek zupełnie nieznanego mi dotychczas prozaika europejskiego. Tylko czy pazerność kiedykolwiek popłaca?

Tak z autorem jak i z samą książką wiązałam spore nadzieje. Modne ostatnimi czasy sensacje spekulacyjne spod znaku Dana Browna (taki niewyszukany skrót myślowy) nie znajdują w mojej osobie docelowego odbiorcy, więc potraktowanie ich jako zjawiska kulturowego godnego satyrycznej oprawy przyjęłam bez krztyny zgorszenia. Zabawa cudzym kosztem w towarzystwie błyskotliwego (tak słyszałam) pisarza – brzmi idealnie jak dla mnie. I tak się nawet zaczęło…

Odnalezienie nieznanych teologom manuskryptów zaświadczających, w sposób odbiegający od tradycji rzecz jasna, o życiu i nauce Chrystusa, staje się przepustką do świata sukcesu dla pewnego kanadyjskiego naukowca. Jest zatem starożytne znalezisko podważające pewne dogmaty wiary (czy na pewno?), jest i człowiek gotowy nieść światu ten kontrowersyjny kaganek oświaty. Tym razem jednak na drodze prawdy nie staje żadna sekretna organizacja czy Stowarzyszenie Złych Ludzi Knujących Potajemne Spiski, nie, ścieżka oświecenia prowadzi przez wydawnictwo, które zdecyduje się na publikację tekstu. Tutaj nie ma miejsca na sentymenty czy misje – liczy się opłacalność, listy sprzedaży, rankingi popularności, dobra promocja i oczywiście krótkie nazwisko autora.

Faber w przewrotny sposób ukazał zasady działania rynku wydawniczego, ale również odbiór czytelniczy wszelkich sensacyjnych tekstów. Fragmenty z komentarzami czytelników (tych potencjalnych i rzeczywistych) stanowią bodajże najzabawniejszy element całej „Ewangelii ognia”. Autor jest bezwzględny wobec utartych reakcji mas ludzkich (teorie spisku, bezkrytyczna wiara w słowo pisane versus negowanie wszystkiego), wobec trybików machiny publikacyjnej, wobec faktycznych fundamentów dzisiejszej religijności czy złaknionych sławy autorów bestsellerów. Nie przeczę, to pomysłowo skonstruowana karykatura współczesnego świata, z jego popkulturową papką, powierzchownością odbioru i paradoksalnymi schematami działań.

„Ewangelię ognia” czyta się błyskawicznie – to książka na jeden krótki wieczór. Napisana jest sprawnie i z pewną dozą humoru. Miałam jednak wrażenie, że dobry, ironiczny początek z czasem przeszedł w dość monotonną narrację, by pod koniec stać się już tylko nużącą, zjadającą swój ogon fabularną mielonką. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym.

Michel Faber, Ewangelia ognia, Wydawnictwo W.A.B., 2009

Reklamy

10 thoughts on “Michel Faber EWANGELIA OGNIA

  1. Jeśli chodzi o Fabera, to czytałam dotychczas tylko „Szkarłatny …” i wrażenia mam mniej więcej takie, jak Ty po „Ewangelii ognia”- czyli w skrócie -nic specjalnego.
    Co do spisków, to nawet, gdyby mnie ciągnęło w tamte rejony, to z książek tego typu skutecznie wyleczyło mnie „Wahadło Focault”

  2. Bez sensu trochę wyszedł ten komentarz, bo przecież to nie o spiskach książka, a o fałszywych apokryfach.
    W każdym razie- szkoda, że potencjalnie obiecujący etmat został skopany:(

  3. .::Iza::.
    Oj, a ja miałam nadzieję, że zaczęłam od najgorszej strony pana Faber’a poznawać i będzie już tylko lepiej. W każdym razie „Szkarłatny płatek…” stoi na półce, więc się przekonam o tym sama.

    „Ewangelia ognia” może nie jest o spisku, ale to ta sama konwencja literacka. Elementy samej historii nie są tak naprawdę istotne tutaj, autor używa pewnego schematu fabularnego by ukazać prawdziwe (?) oblicze rynku bestsellerów, gdzie autorzy, czytelnicy i redaktorzy są w skrócie siebie warci ;)

  4. Ja czytałam tylko pochwały wiktoriańskich dokonań literackich tego autora, ale niczego nie czytałam – odsuwam tę czynność w czasie.
    Pozdrawiam serdecznie:)

  5. Moim zdaniem „Płatek..” był o jakieś 300 stron za długi i myślę, że literatura światowa niewiele by straciła, gdyby nawet nigdy nie został napisany. Zmęczyłam go jakoś i to jest chyba jedyny jego plus, bo czasem nie udaje mi się dokończyć zbyt strasznych już książek:-) Potem nie wiem co skłoniło mnie do przeczytania „Jabłka” – opowiadań związanych z „Płatkiem” – ale one były jeszcze gorsze. Nie jestem przesadnie wrażliwa, ale tyle obrzydliwości, brzydoty i co mniej przyjemnych stron ludzkiej fizjologii było dla mnie zbyt ciężkostrawne. Nie wiem, czym inni się tak w nim zachwycali, ale ja panu Faberowi mówię więc stanowcze NIE! Szkoda czasu po prostu.

  6. .::Nutta::.
    Odsuwasz w czasie, ale rozumiem, że się przymierzasz do prozy Fabera? Ciekawe, jak wypadnie w Twoim odbiorze ;)

    .::Panno Emilko::.
    Nie kojarzę tak stanowczo negatywnych opinii o „… płatku…” – może czytając je wcześniej, ostrożniej bym sięgała do portfela przy kolejnych tytułach tego autora kupowanych w ciemno? :)
    Swoją drogą, również uważam, że krótsza o połowę „Ewangelia…” byłaby o wiele ciekawsza. Jako opowiadanie. Zastanawiające, czy to wina pisarza czy wydawnictw…?

    • No bo „Płatek…” miał całkiem niezłe opinie (co mnie bardzo dziwi), a jako wielbicielka wiktoriańskich klimatów w ujęciu współczesnych pisarzy (uwielbiam Byatt i Sarę Waters) wiele niedociągnięć byłam gotowa mu wybaczyć – ale nie aż tyle jak się okazało:-) W każdym razie nawet jeśli Ci się nie spodoba, to nie martw się o swój portfel, na pewno będzie wielu chętnych na odkupienie Fabera:-) Może to kwestia tego, że dużo ludzi lubi szokującą, epatującą brzydotą i seksem literaturę? Też nie mam nic przeciwko takim książkom, ale lubię, by autor używał takich środków „po coś” – i nie po to, by się dobrze sprzedać.

  7. Emilka- sformułowanie „po coś” jest tu chyba kluczowe. Rozumiem, że Faber chciał „odkłamać” sferę seksu pomijaną w autentycznych powieściach wiktoriańskich, ale nie znajduję w tej książce dużo więcej.
    Na biblionetce oceniłam ją na 4 i nadal się pod tym podpisuję:)

    • Izo – książek odkłamujących sferę seksu czasów wiktoriańskich powstało przed „Szkarłatnym” sporo – „Anioły i owady” Byatt, „Złodziejka” i „Muskając aksamit” Sarah Waters, wreszcie ich prekusor z lat zdaje się 70. – „Mag” Johna Fowlesa. Jedne uważam za lepsze, inne za gorsze i podejrzewam, że skandalizujące fragmenty też miały na celu – między innymi – skusić więcej czytelników; ale czytając Płatka miałam wrażenie, że Faber powiela tylko ten modny teraz schemat, niewiele nowego do niego wnosząc. A czy miałaś wrażenie, że Płątkowi przydałoby się odchudzenie?:-)
      Maioofko – ja też rzucę się na wszystko, co ma w określeniu „wiktoriański”:-))

  8. Zaintrygowałyście mnie tą brzydotą i erotyzmem Płatka, dziewczyny. Dla mnie kluczowym wabikiem było przewijające się tu i tam określanie tej książki jako „wiktoriańskiej” – nie wczytywałam się dalej :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s