Debra Dean MADONNY LENINGRADU

Ermitaż – petersburski zespół pałacowy mieszczący jedną z największych w świecie galerii sztuki to miejsce niezwykłe, nie tylko ze względu na zgromadzone pod jednym adresem tak bogate i unikatowe zbiory, ale fascynujące również swoją własną historią, ściśle powiązaną z charyzmatycznymi władcami jak i burzliwymi dziejami Rosji. Tak wyjątkowa scenografia zobowiązuje pisarza do wysiłku, ponieważ kiedy temat jest frapujący, natychmiast rosną oczekiwania czytelnika.

Dwutorowo poprowadzona fabuła „Madonn Leningradu” to losy jednej kobiety, na różnych etapach życia, przeplatane urywki w czasie teraźniejszym i przeszłym. Maria Buriakow, cierpiąca na postępującą chorobę Alzheimera, obecnie mieszkanka Seattle, coraz częściej zatraca się w świecie swoich wspomnień, gdzie jako obywatelka Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich pełniła rolę przewodniczki po muzeum Ermitażu. Jej wewnętrzna, miniona już rzeczywistość coraz silniej przysłania realia toczącego się wokół niej życia, stąd też to świat Leningradu lat czterdziestych, oblężenie i blokada miasta zdominowały całą powieść, nadały jej własny ton i rytm.  Autorka spróbowała opowiedzieć o strasznej chorobie dotykającej naszych bliskich, o rodzinie zmagającej się z trudną sytuacją, nieodgadnionych meandrach pamięci, o sztuce, miłości i wojnie – przedsięwzięcie ciekawe i ambitne, jednak wymagające czegoś więcej niż pomysłu i chęci.

Opowieści o dziełach mistrzów malarskich, zdobionych bogato salach pałacowych i dawnym przepychu wnętrz przeplatają się z tragiczną rzeczywistością umierającego z głodu i zimna Leningradu, udręczonego wojenną rzeczywistością miasta będącego niegdyś perłą północy. Sztuka pomagająca przetrwać, nadająca sens walce i stanowiąca łącznik przeszłości z przyszłością pobrzmiewa dość często w całej historii, jednak amerykańska autorka zupełnie zawiodła jako kreatorka postaci i atmosfery. Zarówno główna bohaterka jak i postaci poboczne (a potraktowani tak są wszyscy inni) to dość proste „produkty człowiekopodobne”. Schematyczni i bardzo amerykańscy w sposobie bycia i myślenia, prezentują się nazbyt współcześnie i nierealnie w świecie radzieckim. Cała opowieść wydała mi się tak naprawdę niewiarygodna i fałszywa. Może to skutek znajomości naszej polskiej prozy wojennej, tak przejmującej i autentycznej, która wyostrza zmysły a nie szuka poklasku?

„Madonny Leningradu” to zmarnowany pomysł. Dramatyczna blokada Leningradu, ogołocony z dzieł sztuki Ermitaż widziany od wewnątrz, prywatnie, oczami pracownika, młodość kobiety przypadająca na czas wojny – tak epickie tło stanowić może niepowtarzalną scenografię dla wspaniałych i rozbudowanych historii. Zamiast tego Debra Dean stworzyła mocno uproszczony i spłycony obrazek, któremu barwę sepii nadaje nie charakter opowieści, ale sztucznie naniesiona patyna na bardzo współczesne spojrzenie. Zabrakło mi rosyjskiej duszy w tej wschodniej historii, zabrakło barwnych i ludzkich postaci, uwierało przemilczenie roli ZSRR w wojnie, gdzie kraj rad odmalowany jest jako niewinna ofiara napaści nazistowskiej, a szokujące fakty z czasów oblężenia (np. kanibalizm) serwowane są zbyt usilnie i podręcznikowo, jakby miały dowieść odpowiedniego przygotowania autorki do podjęcia się spisania tej historii. Konsekwentnie pomijam już milczeniem współcześnie zarysowane zdarzenia, które bez pożywki malowniczej egzotyki odległej Rosji wypadają na tle całości nijako i kiepsko po prostu.

Chciałam, by ta książka okazała się piękną historią. Szkoda tak zmarnowanej okazji. Ale spróbować musiałam – Madonny Leningradu brzmiały tak obiecująco!

Debra Dean, Madonny Leningradu, Świat Książki, 2008

Advertisements

11 thoughts on “Debra Dean MADONNY LENINGRADU

  1. Moda na Rosję na Zachodzie trwa, a kolejne książki nierosyjskich pisarzy to tylko poprawnie odrobiona lekcja literatury. Ja też w literaturze polskiej tyle naczytałam się o wojnie, że w wielu współczesnych brakuje mi duszy ludzi czasów minionych.

  2. hmm…. mnie się mimo wszystko podobała. może faktycznie gdyby bardziej rozwinąć, pogłębić… hmm…

  3. .::Dabarai::.
    Zachęcać nie będę, ale też gwarancji nie ma, jak to jest z tym moim gustem w sumie ;))

    .::Mary::.
    Mam takie wrażenie, że ta książka jest za kiepska jak na literaturę przez duże L i równocześnie zbyt poważna jak na lekkie czytadło. Gdyby autorka zaserwowała po prostu romans w wojennym mieście, myślę, że całkiem inaczej spojrzałabym na jej niedostatki formy. Ale to tylko moje odczucia :)

  4. Jakiś czas temu oglądałam dokument o oblężeniu Leningradu i przez całą godzinę siedziałam przyklejona wręcz do ekranu telewizora z szeroko otwartymi oczami, bo przede wszystkim uświadomiłam sobie, jak dużą ignorantką historyczną jestem (mimo zdanej matury z historii na poziomie rozszerzonym!) i jak bardzo z zapału do historii obdarło mnie liceum oraz pięć lat studiów (w tym jeden rok na politologii). Do czego zmierzam?
    Ano do tego, że od razu po odejściu od telewizora, ba – zaraz po napisach końcowych, pomyślałam sobie, że takie wydarzenia byłyby doskonałym tłem dla powieści.

    Z wypiekami na twarzy czytałam przed chwilą Twą recenzję, szczęśliwa, że rzeczywiście, jest taka książka. Pierwszy raz zapał mój ostygł gdy przeczytałam nazwisko autorki. Drugi raz ulotnił się, gdy doczytałam Twe wrażenia do końca.

    Niestety sprawdza się od dawna forsowane przeze mnie twierdzenie, że jeżeli ktoś miałby w ogóle pisać o Rosji (nie dodaję już, że pięknie pisać) to tylko rodowity Rosjanin!

    Pozdrawiam :)

  5. Droga Maiooffko widzę, że na dobre wkręciłaś się w klimaty rosyjskie :) Muszę Ci wyznać, że mam problem z właśnie takimi powieściami jak „Madonny Leningradu”. Razi mnie i denerwuje to co tak ładnie nazwałaś: amerykańskim sposobem bycia. To zabawne, ale nie mam takiego problemu z innymi krajami, tzn mogę czytać Rosjanina piszącego o USA, ale już Amerykanie (Amerykanki) mędrkujące o Rosji są dla mnie niestrawne. Ciekawa jestem czy czytałaś „Jeźdźca miedzianego” i resztę z trylogii Paulin Simons. Ja na swe nieszczęście czytałam i przyznaję szczerze, że dla mnie to pompatyczny kicz udając dramatyczną literaturę.

  6. .::Claudette::.
    Sama dałam się skusić historii Leningradu w tle, więc rozumiem pokładane w tej książce nadzieje. Tak sobie myślę, że w Rosji musiała powstać proza oparta na podobnych motywach – warto by było jej poszukać. Choć może u nas nie wydano jej nawet?

    .::Zosik::.
    Kojarzę okładki książek Simons, i choć często polecano mi je nawet, to dla mnie kojarzyły się zawsze z romansami. Amerykańskie wyobrażenie o wielkiej miłości w Rosji – to nie wróżyło nic dobrego, więc omijałam ;)
    Coś w tym jest, że amerykańska mentalność pragmatyków nie bardzo jest w stanie oddać ducha idei, który rządzi starym światem. Ich upraszczanie rzeczywistości brzmi może dla nas zbyt powierzchownie? W każdym razie lepiej jest dla wszystkich, gdy piszą o swoim czarnym południu, miastach lub prohibicji ;))

  7. Ja również zgadzam się z waszymi opiniamu. Po „Madonny..” już kilka razy sięgałam w księgarni, ale zawsze coś innego odwracało moją uwagę. Może to i dobrze… „Jezdźca….” czytałam dawno temu i ze wstydem przyznaję, że wtedy mi się to podobało. Byłam sporo młodsza, trafiło akurat może w taki moment w życiu…… Drugi tom przeczytałam po jakimś czasie, już bez większego entuzjazmu, a trzeciego całkiem niedawno nie mogłam strawić i odłożyłam po kilkudziesięciu stronach. Po tej niedokończonej lekturze zaczęłam się zastanawiać- jak mogłam czytać taki kicz w czystej postaci?? Ale cóż, całe życie się uczymy i rozwijamy…. ;-)… podobno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s