George Eliot MŁYN NAD FLOSSĄ

Czy to nie zakrawa na ironię, że w XIX-wiecznej Anglii kobieta król mogła sprawować najwyższy urząd w państwie, a co za tym idzie rządzić i dzielić, ale już kobieta pisarz musiała uciekać się do podstępu, by jej twórczość oceniana była przez pryzmat walorów artystycznych nie zaś płci autorki? George Eliot to pseudonim literacki, z samego założenia brzmiący tak myląco, który to służył niezależnej Mary Ann Evans jako gwarancja traktowania jej tekstów na równi z pisarstwem mężczyzn w czasach, gdy powszechnie przyjęto, iż płeć piękna zdolna jest tworzyć co najwyżej ckliwe romanse. Mija właśnie 150 lat od premiery „Młyna nad Flossą” i czas pokazał, jak bardzo krzywdząco ówczesna krytyka umniejszała wartość kobiecej literatury swoimi uprzedzonymi zarzutami – powieść ta nadal zachwyca kolejne pokolenia czytelników i nie przypadkowo zaliczono ją w poczet kanonu klasyki powieściowej.

„Młyn nad Flossą” łączy w sobie zalety składające się na wybitną powieść. Może to bardzo osobisty stosunek autorki do tej właśnie historii sprawił, że czyta się ją z takim zaciekawieniem? Fabuła oparta jest bowiem na własnych przeżyciach George Eliot, która decydując się na odstępstwo od konwenansów wiktoriańskiej Anglii (związek z żonatym mężczyzną, i co ciekawe, cenionym krytykiem literackim), została odepchnięta przez ukochanego brata i skazana na izolację od rodziny i krewnych, co w ówczesnym świecie oznaczało „śmierć towarzyską”, utratę dobrego imienia i spotykaną na każdym kroku pogardę. Losy Maggie Tulliver nie stanowią wiernie odtworzonej kopii życia pisarki, jednak wspomnieniom jej młodości zawdzięczamy drobiazgowy obraz czasów i ludzi odmalowany z wyczuciem i miłością na kartach tej książki.

Tym, co czyni lekturę powieści niezwykle udaną, jest bez wątpienia humor pisarki. Jej ironiczne uwagi czy celnie wyważona w portretach postaci kpina, śmieszyły mnie nie mniej niż u Jane Austen, a może i więcej? Co ważne, u Eliot ironia jest lekka i uszczypliwa, ale nie zawzięta. Zgrabnie ujęte przywary ludzkie przede wszystkim bawią, ocenę pozostawiając głębszej analizie samego czytelnika. Obyczajowość i kultura epoki, odmalowane z niesamowitym pietyzmem i dbałością o szczegóły, stanowią tło, ale i ważny czynnik dla samej fabuły. Są też oczywiście źródłem zabawnych scenek i trafnych spostrzeżeń autorki.

O czym jest „Młyn nad Flossą”? To historia dorastania nieprzeciętnie zdolnej i inteligentnej Maggie Tulliver (w polskim wydaniu: Madzi!), od której epoka wymaga jednak zupełnie innych niż umysłowe talentów i wynikających z tego powinności. Rozdarcie Maggie pomiędzy jej własnymi możliwościami, predyspozycjami umysłowymi i pragnieniami a oczekiwaniami społeczeństwa pierwszej połowy XIX wieku okazują się dramatyczną drogą niełatwych wyborów i poświęceń. Eliot wypowiedziała w tej historii wojnę determinizmowi, narzuconym sztywno rolom płci. Siłą bohaterki, alter ego pisarki, była wolna wola, zdolna decydować o losach jednostki wbrew zewnętrznym okolicznościom. Spragniona miłości i akceptacji Maggie dokonuje w końcu własnych wyborów, jednak to jej zmagania i poszukiwania odpowiedniej ścieżki życia stanowią odzwierciedlenie osobistych rozterek pisarki. Ponoć scena finałowa była punktem wyjścia całej historii i im bliżej autorka była ukończenia powieści, tym ciężej jej się pisało, gdyż płacząc przeżywała losy swojej bohaterki.

George Eliot napisała historię o dorastaniu, ale i stworzyła obraz swojej epoki, utrwalając w sposób zabawny i ciekawy czasy, które minęły i ludzi, którzy dyktowali zdarzenia w małomiasteczkowych społecznościach w imię ochrony cnoty i zasad moralnych. „Młyn nad Flossą” to jedna z piękniejszych powieści jakie znam. Jest w niej wszystko, co sprawia, iż  lektura przynosi niekłamaną przyjemność obcowania ze światem wykreowanym przez autorkę. Mam też nadzieję, że doczekam się przetłumaczenia innych tytułów z dorobku wybitnej intelektualistki XIX wieku, za jaką – już wiem, że zasłużenie – uznawana jest George Eliot na świecie.

George Eliot, Młyn nad Flossą, Świat Książki, 2008

Advertisements

19 thoughts on “George Eliot MŁYN NAD FLOSSĄ

  1. Mam w domu jej „Miasteczko Middlemarch”. Chcę przeczytać, ale cały czas odstrasza mnie grubość – to dwa tomy, a każdy ma jakieś 500 stron. „Młyn nad Flossą” tłumaczyła Anna Przedpełska – Trzeciakowska? Jeśli tak, to wcale mnie nie dziwi ta Madzia. W „Na plebanii w Haworth” usilnie spolszczała imiona, co było okropne i denerwujące.

    • .::Ultramaryna::.
      „Miasteczko…” jest teraz na liście moich priorytetów :) Niech Cię nie odstrasza objętość, ponieważ prozę Eliot czyta się błyskawicznie. Jest tak nienachalnie zabawna i malownicza, że jedyne zmartwienie to konieczność przerywania lektury.
      Tłumaczenie jest pani Anny właśnie i te spolszczone imiona uwierały mnie dotkliwie. Ale też imię Madzia od razu narzuciło skojarzenia z „Emancypantkami” Prusa – obie książki mają wiele wspólnego jak dla mnie. To jednak temat na długie rozprawy ;))

  2. No, wreszcie recenzja o tej książce! Zastanawiam się czy jest jakieś inne tłumaczenie, bo rzadko co mnie tak wkurza, jak właśnie na siłę spolszczanie nazw własnych i udawanie, że książka nie została napisana w języku innym niż polski. Tylko w serii o HP było to zrobione bardzo sensownie. Ale do samej książki zachęciłaś mnie niezmiernie!

  3. I właśnie dla takich wrażeń warto czytać starsze powieści.
    Sama uwielbiam klasykę i jestem straszliwie szczęśliwa z powodu rozpoczęcia nowego wyzwania literackiego.

    Szczerze powiedziawszy nigdy wcześniej nie słyszałam o George Eliot, chociaż „Miasteczko Middlemarch” mam na swojej liście książek, które poszukuję. Zaraz dopiszę również „Młyn”, bo bardzo mnie zachęciłaś.

    Pozdrawiam :)

  4. Nie znałam tej autorki. Cieszę się, że dzięki Twojej recenzji ją poznałam. Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć którąś z jej książek. Aktualnie czytam „Dziwne losy Jane Eyre”, więc Młyn będzie miłą kontynuacją starociowo-klasycznego klimatu dawnej Anglii.
    Pzdrawiam!

  5. .::Kornwalia::.
    Zaległości mam w odnotowywaniu tutaj lektur przeczytanych, ale pomalutku staram się nadrabiać ;)
    Na dzień dzisiejszy jest to jedyne tłumaczenie tej powieści na język polski (za Biblioteką Narodową podaję) i dodam od razu, że czyta się sam tekst wyśmienicie, więc sam przekład uważam za jak najbardziej udany. Tylko te imiona… Pierwsze wydanie w języku polskim przypadło na rok 1960 czyli okres tendencji do spolszczania (np. Mary Poppins = Agnieszka!), szkoda że tego nie poprawili w najnowszych edycjach. Mimo wszystko – warto :)

    .::Claudette::.
    Ja również bardzo dobrze czuję się w klasycznych powieściach. Nie potrzeba mi zaskakujących manewrów stylistycznych – dobry tekst stanowi sam w sobie wartościową i przyjemną lekturę :)

    Sama autorka nie doczekała się u nas takiego rozgłosu jak siostry Bronte czy Jane Austen, ale na Zachodzie jest traktowana na równi z tymi paniami. Podobno jej teksty służą w słownikach angielskich jako przykłady prawidłowego zastosowania poszczególnych słów.

    .::Agussiek::.
    „Dziwne losy Jane Eyre” również planuję w najbliższym czasie czytać! :) Takie za mną teraz chodzą klimaty: kobieco i retro. Chociaż jak widać, staram się urozmaicać sobie listę lektur, żeby nie przedobrzyć.

    A „Młyn nad Flossą” polecam bardzo, chociaż „Miasteczko…” jest ponoć jeszcze lepsze. Ale to na razie plotki – trzeba je dopiero zweryfikować :)

    • Tak na marginesie: Mary Poppins jako Agnieszka została przetłumaczona i wydana przed wojną, w latach sześćdziesiątych na żądanie Pameli L. Travers przywrócono Mary. A „Młyn nad Flossą” bardzo jest zacny:)

      • .::Zacofany w lekturze::.
        Mam niestety tendencję do nieprecyzyjnych skrótów myślowych – w 1960 roku pojawiło się pierwsze polskie wydanie „Młynu nad Flossą” i stąd ta data w moim komentarzu; Mary Poppins jako Agnieszka to mój przykład na trend w dawnych polskich przekładach do spolszczania imion, a czasem i nazw. W latach sześćdziesiątych faktycznie część serii Travers była wydana jeszcze jako ‚Agnieszka’, a część już jako ‚Mary’. Tak przynajmniej podaje katalog Biblioteki Narodowej :)

  6. .::Tucha::.
    Witaj po przerwie! :) Okładka śliczna i solidne wydanie – tak się powinno wydawać u nas klasykę w końcu!

    .::Buksy::.
    Warto poznać ją bliżej :) Ja już żałuję, że tak mało jej u nas tłumaczono.

  7. Witaj ponownie.Byłam bardzo ciekawa Twojo recenzji dotyczącej tej pozycji. Mogłabym podpisać się pod nią w stu procentach. Czytałam „Młyn…” 3-4 lata temu (posiadam dokładnie to samo wydanie- jest cudne !), ale pamietam, że moje odczucia były niemalże identyczne.Po pierwsze uwielbiam klasykę, po drugie jest to naprawdę dobra ksiązka. Niesamowicie oddaje klimat tamtych magicznych (dla mnie)czasów. Po prostu perełeczka i tyle. Na poparcie moich słów- rozpoczynam poszukiwanie „Miasteczka…” i wcale, ale to wcale nie przeraża mnie objętość,wręcz przeciwnie, im grubsza ksiązka, tym bardziej dla mnie kusząca- obiecuje przecież tyyyle przyjemności.
    A teraz tak całkiem nie na temat- ciekawa jestem, czy czytałaś „Nostalgię anioła” Alice Sebold? POLECAM!!!! czytałam ją kilka lat temu (piękna, niesamowita, wzruszająca), a teraz w moje ręce wpadła „Córeczka” tejże autorki i chyba zapowiada się równie obiecująco( na razie miałam czas tylko na 20 stron:-( ) Ps. „Nostalgia anioła” została całkiem niedawno zekranizowana. Reżyserem jest Peter Jackson (ten od „Władcy pierścieni”). Również polecam.

    • .::Marta::.
      Również dopiero teraz rozglądam się za „Miasteczkiem…” i jak dla mnie to rozmiar tej książki wcale nie jest taki duży. Jeśli napisana jest równie barwnie co „Młyn…”, to czytanie potrwa chwilę dosłownie! :) Aż szkoda, że tylko te dwie powieści autorki dostępne są po polsku.

      Nie czytałam jeszcze żadnej książki Sebold, ale kojarzę jej nazwisko i ten tytuł – dużo zachwytów w ich stronę się posypało. Jeśli tylko uda mi się upolować jakiś okazyjny egzemplarz, to będę chciała popróbować tej prozy. Najpierw książka, potem film – bardziej zależy mi bowiem na odkrywaniu historii samodzielnie, bez narzuconej wizji reżysera ;)
      Pozdrawiam.

      • Pewnie, że tak ;-). Ja też najpierw czytam, bo wiadomo- film to nie to samo. A co do „Córeczki” to zagłebiam się coraz dalej, ale cały czas mam wrażenie, że jednak „Nostalgia anioła” jest duuużo lepsza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s